Z CYKLU PODRÓŻE - Norwegia po Nordkapp w 15 dni po mojemu

Wyprawa na Nordkapp przez całą Norwegię i to nie najprostszą drogą, ale ścieżkami według nas najciekawszymi. Postanowiłem opisać dzień po dniu nasze wrażenia z podróży po to, aby mieć jakąś pamiątkę. A może, kto wie, ktoś będzie chciał kiedyś podążyć naszym śladem. Dialogi nieco podkoloryzowałem, bo naprawdę niewiele rozmawialiśmy. Widoki które przesuwały się za oknem w przeciągu całej podróży naprawdę potrafią odebrać głos. To czyste piękno natury od pierwszego do ostatniego kilometra. A było to tak.

Dzień 1 - 02.07.2018

Rejs Świnoujście Ystad

Mało imponująca trasa pierwszego dnia

Autko gotowe do drogi. Nawet umyłem. Myślałem, że mam Forda, po umyciu okazało się, że to jednak Jeep. Sam też się ogoliłem i włos w nosie wyrwałem. Wsiadamy i kierunek Świnoujście. Prom Mazowia czeka. Zero kolejki, już po kilkunastu minutach leżymy w łóżkach w kabinie. Za oknem portowa krzątanina. W kabinie wali zapachem toalety. Co ciekawe w toalecie pachnie ładnie, tylko w kabinie wali. Może mają jakiś nowatorski ekologiczny system wyciągający przykre zapachy z WC i wpompowujący je do kabin.

- Krzysztof, ledwo ruszyliśmy a ty już marudzisz

Ściany raczej mało wygłuszające, bo słychać wyraźnie każde przekleństwo wypowiadane w kabinie obok. Gość jest mocno rozgadany i nawet z dbałości o sens wypowiedzi, czasami między przekleństwami wstawia normalne słowo. Słońce zachodzi, na pokład wjeżdżają kolejne ciężarówki. Żona Ania czyta książkę, ja klikam. Normalnie, jak w domu, który został za plecami. Jutro lądujemy w Ystad i mamy w planie sporo do przejechania. Będę próbował zasnąć. Szkoda, że nie mam książki, to dobry sposób na zaśnięcie.

- Aniu, a gdybyś te kartki co przeczytasz wyrywała i dawała mi to też bym miał co czytać

- Za dużo się już nawdychałeś tego smrodu

Odległość w linii prostej między Ystad i Świnoujściem to zaledwie 171km. Mało, jak na ponad 7 godzinny rejs. Wskazówka, jeśli chcecie mieć kabinę to proponuję rezerwować z kilkudniowym wyprzedzeniem. W innym wypadku zostaną Wam do wyboru albo te najdroższe, albo wolna prycza w kajucie z trzema kierowcami z Ukrainy, którzy jedli rano grochówkę. Czy wiecie, że powierzchnia Bałtyku bez Kattegatu to 392 979 km² czyli jest zbliżona do powierzchni Norwegii 385 203 km² Dla porównania Polska zajmuje 312 679 km². Osobiście byłem zaskoczony, że nasz kraj jest mniejszy od wąskiej w barach Norwegii. Wsiadając do samolotu zawsze przypomina mi się, że nie umiem fruwać a wypływając w morze, że nie umiem pływać.

- Aniu, a głęboki ten Bałtyk?

- Przy twoim wzroście wszystkie akweny są głębokie

W najgłębszym miejscu Bałtyk ma 459m głębokości. Cholera, to prawie pół kilometra. Morze Bałtyckie jest jednym z najmłodszych mórz Oceanu Atlantyckiego. Liczy około 12 tys. lat. Chciałbym w tym wieku być najmłodszy. Grzebiąc w necie natknąłem się na dość kiepską informację, otóż Bałtyk pozostaje jednym z najbardziej zanieczyszczonych mórz na świecie. Do diabła, jak już tonąć, to wolałbym w czystej wodzie. Tu się można jakiegoś rozstroju żołądka nabawić podczas tonięcia.  

- Ciężki taki prom, sama stal. I na pokładzie 140 tirów albo 600 osobówek do tego 1000 pasażerów, a sporo z nich z nadwagą. Sądzisz Aniu ze takie coś ma prawo unosić się na wodzie?

- Już się boisz?

- No wiesz? Tylko tak technicznie pytam

- Nie utonie, nie licz na to. Nie uda Ci się nie wydać pieniędzy w Norwegii

- Ale jakieś kapoki powinny w kabinach być

Rozglądam się nerwowo za czymś drewnianym na czym będę dryfował w razie czego. Nic takiego nie ma w pobliżu. Przez okno w kabinie, za które dopłaciłem 15 zł widać Świnoujski port pogrążający się w ciemności. I pomyśleć, że tam, gdzie jadę nie będzie nocy. Maksymalne zanurzenie w Świnoujskim porcie to 13,5 metra. Mam nadzieję, że nasz prom ma mniejsze. W ogóle po co to się zanurzać, nie można pływać zwyczajnie po powierzchni? Widzę przez okno jak wypływamy na pełne morze. Widok hipnotyczny. Szkoda, że tego okna nikt nie mył od wstawienia.

- Okno się nie otwiera. Pływająca trumna

- Śpij już Krzysztof, jutro masz dużo do przejechania

Facet za ścianą wciąż klnie jak szewc, coś o polityce, coś o żonie i o pracy nieco a wszystko do dupy. Ciężko wyłapać temat pośród łaciny, ale najwyraźniej nie jest zadowolony z życia. Z wyrazów nie będących przekleństwami najczęściej słychać wyraz „złodzieje”. Do wypłynięcia planowo 25 minut. Przed zaśnięciem musiałbym jeszcze zrobić jedną rzecz w toalecie. Ale poczekam aż Żona Ania zaśnie, bo w innym wypadku może nie zdzierżyć tej kakofonii zapachów, że o dźwiękach nie wspomnę. Przy tych ścianach, kilkanaście okolicznych kabin będzie słyszało co robię. Ciekawie się zapowiada. Rano lądujemy albo na dnie, albo w Ystad.

- Dobranoc Aniu

- Dobranoc Krzysztof

- Kurwa mać! - zawtórował koleś zza ściany

Myjnia bezdotykowa czyni cuda
Pakujemy się do ładowni i to jest nasze dno
Okno na świat za 15 zł
Port Świnoujście zasypia a ja jakoś nie mogę

Dzień 2 - 03.07.2018

Ystad i Tvedestrand

Prawie cały dzień w aucie jak na aucie

Pobudka 5 rano, jak to na urlopie. Na horyzoncie majaczy Szwedzkie wybrzeże. Gładko poszło, obyło się bez utonięć. Zjeżdżamy z promu w Ystad. Zazwyczaj podróżujący do Skandynawii traktują to miasto jak  przystań promową. A okazuje się, że to bardzo ładna miejscowość turystyczna. Posiada zachowaną starą zabudowę z bardzo klimatycznymi  uliczkami.

- Krzysztof, pospacerujmy tu trochę zanim pojedziemy dalej.

Bardzo ładne niskie domki z malwami przy drzwiach. Mnóstwo kawiarenek ze stolikami wystawionymi na brukowane uliczki. Okazuje się, że w tym miasteczku mieszka prawie 20 tysięcy ludzi. Średniowieczna (w większości XV i XVI-wieczna) zabudowa szachulcowa stanowi największy tego typu zespół w całej Skandynawii. Co znaczy „szachulcowa”? Nie chodzi tu o granie w szachy tylko o rodzaj konstrukcji budynków. Jest to z wielu względów miasto wyróżniające się. Spacer okazał się bardzo udany.

- Aniu mam dziś do przejechania ponad 700 km, zbierajmy się Jedziemy.

110 na godzinę to prędkość maksymalna na autostradzie. Może nadużyłem tego słowa, bo nie jest to autostrada w naszym rozumieniu. Próbowałem wyjaśnić to żonie Ani.

- W Szwecji bardzo popularne są drogi 3 pasmowe z czego dwa pasma idą w jedną stronę a jedno w przeciwną i co jakiś czas kierunki się zamieniają. Tam, gdzie były dwa pasy to jest jeden a gdzie jeden, to są dwa. Czyli odwrotnie jest co kilka kilometrów.

- Ostatnio tak samo mi tłumaczyłeś co to jest spalony w piłce nożnej. Nie masz talentu jasnego przekazu.

- No raz my mamy dwa pasy a raz ci z przeciwka i potem się zamieniamy, znaczy droga się zamienia a my jedziemy dalej tak samo… tylko odwrotnie.

- Może skup się na jeździe.

Mamy jedną przeprawę promową, co pozwala nam ominąć Oslo i znacznie skrócić drogę. Potem nadal 110 na godzinę max. Na innych drogach 80, czasem 70. Są radary. Odkryłem w aucie tempomat i nastawiam maksymalną dozwoloną i mogą mnie cmoknąć. Prędkości niskie, ale kultura jazdy wysoka. Jedzie się bardzo płynnie i nie czuję się zupełnie zmęczony. Nie wiem, czy wszyscy mają tempomaty czy co, ale na drugorzędnych drogach nikt nikogo nie wyprzedza. Żadnych nerwowych spojrzeń w lusterko, zrywów, hamowań, wyprzedzania na trzeciego, bajka. Gdzie wariaci drogowi? Czyżby nie było tu Polaków?

- Aniu śpisz?

- Nie. Tylko mam zamknięte oczy

- Zawsze, gdy gdzieś jedziemy to od razu masz zamknięte oczy

- Jakaś niewyspana jestem, ale nie śpię

- Jak nie śpisz, skoro chrapiesz?

- Ja nie chrapałam

- Tylko co?

- ...Rzęziłam

- Aha...

Dojeżdżamy do Tvedestrand, tu mamy nocleg w hoteliku portowym Fiordhotell. Hotelik w norweskim stylu, prosty i schludny. Piękny widok z balkonu na zatoczkę. Ludzi mało. Nawet w jedynej kawiarence na powietrzu o 20.00 robi się pusto. Podobno Norwegowie zachowali te rejony dla siebie i zagraniczni turyści nie są tu szczególnie pożądani. Nie ma bud z pamiątkami, dmuchanymi kołami, lodziarni, gofrów. Nie ma grajków łomoczących ten sam hit na każdym rogu. Nie ma ogródków piwnych pełnych bekających Niemców i przeklinających Polaków. Owszem są różne sklepiki, ale co ciekawe co drugi to antykwariat z książkami. Jest tych księgarni tyle, że wygląda to dość absurdalnie. Na jeden sklep spożywczy przypada z dziesięć sklepów z książkami. To pewno dlatego na ulicach jest pusto. Wszyscy Norwegowie siedzą w tych swoich drewnianych pudełkach i czytają.

- Pojęcia nie mam jakim cudem to się opłaca prowadzić. Turystów widziałam na sztuki mniej niż antykwariatów.

- Aniu, może państwo im coś dotuje, wiesz do tych książek, jak u nas do świń

- To Polsce są dotacje do świń?

- Znam kilka w sejmie, które biorą za to kasę.

Eee.. te moje kiepskie żarty, jakiż ja jestem płytki. Dobrze, że mam żonę, która mi o tym w miarę systematycznie przypomina. A opłacalność księgarni? Cóż myślę, że jest tylko jedno logiczne rozwiązanie. Księgarze kupują książki od siebie nawzajem by następnie je sprzedać u siebie kolejnej księgarni. Sam na to wpadłem.

- Ale popatrz Aniu jest też tu sklep, który się może opłacać. Monopolowy Vinmonopolet!

- Ale zamknięty.

- W Norwegii wszystkie sklepy monopolowe są…

- ...Zamknięte?

- Państwowe.

Alkohol wysokoprocentowy jest horrendalnie drogi i możliwy do kupienia w rzadkich państwowych sklepach Vinmopolet. Nikt tu nie wpadł na pomysł, żeby wóda była do tankowania w każdej stacji paliw. Tylko rząd posiada koncesję na trunki powyżej 4,75% i z dbałości o swój naród niejako ten alkohol wydziela, czy bardziej - nie ułatwia dostępu. Alkohol można kupić tylko od poniedziałku do piątku do godziny 18.00 i w soboty do godziny 15.00. W takich warunkach ciężko o spontaniczne imprezy. Tyle, że mam wątpliwości czy wyraz „spontanicznie” występuje w języku norweskim. Polak nie przetrwa długo w tym kraju, chyba że uruchomi własną produkcję. Podobno wielu przybyłych tu emigrantów już radzi sobie w ten sposób. Mało tego, że alkohol jest drogi i nie w zasięgu ręki. W dodatku, jeśli ktoś odwiedza taki sklep często, albo kupuje dużo, to może liczyć na rychłą wizytę w swoim domu  opiekuna społecznego, który go spyta czy aby „nie pomóc w leczeniu z  alkoholizmu?”.

- To chyba dość niepopularne działania rządu. W Polsce niemożliwe. U nas ważniejsza jest dbałość o sondaże niż o ludzi.

- Jeden powie, że to nadgorliwość Państwa. Ktoś inny, że w końcu jest jakiś rząd, który prawdziwie opiekuje się społeczeństwem, zamiast opędzać się zapomogami.

Senne miasteczko, w którym typowy Polak umarłby z nudów. Norwegowie uwielbiają nudę, bo to ich stan naturalny. Spacerujemy stromymi uliczkami, na których w ekwilibrystyczny sposób zbudowane są domostwa. Zastanawiamy się, jak te domy wyglądają w środku. Trudno sobie wyobrazić, że mogą mieć prostą podłogę. Stromizny są takie, że dwa okna w  tym samym domu, umieszczone w jednym poziomie, pełnią diametralnie różną rolę. Pierwsze na początku domu jest w piwnicy a drugie na końcu  już na strychu. Jest gorąco, jak w piekle, chyba z 30 w cieniu a wzięliśmy ciuchy jak na Norwegię. Kapiąc potem spotykamy się z Wiktorem. To Polak, który mieszka tu od 4 lat i organizuje innym Polakom wycieczki objazdowe.

- Ja tu jestem na wiecznym urlopie.

Wierzę mu, bo tak wygląda. Ogorzały z iskrą w oku, włosy w kok i jakaś pozytywna aura bijąca od postaci. Mógłby grać w jakimś filmie przygodowym o bezludnej wyspie. Na marginesie, właśnie sobie uzmysłowiłem, że na wszystkich bezludnych wyspach z filmów zawsze był jakiś człowiek czyniąc je przecież ludnymi. Wiktor mówił dalej.

- Wszystkie terminy mam zajęte.

Zabrzmiało jakby chodziło o poród. A nie chodziło ani o poród ani bynajmniej o termin przyjęcia roli w superprodukcji o prawie bezludnej wyspie, tylko o zorganizowanie pełnej wycieczki. Wiktor za małe pieniądze wodzi Polaków po Norwegii organizując im cały pobyt. Karmi, poi i nocuje. O sexie nie wspominał. Mimo braku czasu obiecał nam jednodniowy rejs łodzią po okolicznych wysepkach. Żegnamy się z Wiktorem i jesteśmy umówieni na jutro. Dziś jeszcze spacer po okolicy. O 24-tej w nocy jest jeszcze tak jasno, że wszystko dokładnie widać. Miasteczko wymarłe o tej porze. W porcie żywego ducha, nawet pies nie zaszczeka, kot nie zamiauczy. Żeby chociaż jakiś Norweg bił żonę, albo szarpało się gdzieś dwóch pijaków… nic, cisza. Czuliśmy się nieco nieswojo. Idziemy spać padnięci. Gorąco. Okno otwarte na oścież. Widzę obok łóżka odłączony kaloryferek na prąd. Ostatnią myślą  jest, że tu raczej powinna być klima. Zasypiam i całą noc śnią mi się abstrakcyjne dziwactwa, do których wstyd się przyznać. Bo gdy się śni, że mam dwa członki to chyba nie jest normalne. Moja wyobraźnia musi być zmęczona, jak i ciało. Pierwsza noc naszej podróży odhaczona.

Ystad to nie tylko przystań promowa
Pierwszy prom drogowy na naszym szlaku
Uroczy widok z naszego hotelowego balkoniku Fiordhotell w Tvedestrand
Księgarnie i antykwariaty w Tvedestrand
kolejna księgarnia...
i kolejna...
Zagadka ekonomiczna Tvedestrand: Kto kupuje te wszystkie książki?
Państwowy sklep monopolowy wraz z potencjalnym klientem
Uliczka Tvedestrand w białym, skandynawskim stylu
Tu też do kościoła mają pod górkę

Dzień 3 - 04.07.2018

Norweska Riviera, Lyngor, Gjeving

Dziś kręcimy się "wokół komina"

Pobudka o ósmej rano. Już jest gorąco. Właściwie to nie przestało być ani na chwilę od wczoraj. Wolę upały od zimna. Nie chodzi tu o narzekanie na gorąco tylko o zdziwienie, że tak jest w Norwegii, niby zimnym kraju. Mamy całą walizę swetrów i kurtek, może bardziej na północ się przydadzą. Dziś rejs z Wiktorem. Okazuje się, że wczoraj przyniosłem sobie z samochodu dwa różne buty, każdy od innej pary. Żony jakby to wcale nie zdziwiło.

- Dwa różne buty to pikuś. Kiedyś poszedłeś po zakupy w mamy futerku.

- Ależ to pamiętliwe. Człowiek ma dużo na głowie to czasem nie zwróci uwagi na coś. Po to właśnie się żenimy, żeby chodzić w dwóch butach od  pary. Nie sprawdzasz się na stanowisku.

- Nos wysmarkaj przed wyjściem. I zakrop bo się zakichasz.

- Dobre kichnięcie to, jak pół orgazmu.

- To kichnij sobie dziś dwa razy i pewne sprawy będzie można uznać za załatwione.

Zakładam dwa różne buty i schodzimy na śniadanie. Do drzwi mamy karty magnetyczne. W recepcji dostaliśmy surową instrukcję, żeby nie trzymać kart blisko telefonów, bo się rozmagnesowują. Oczywiście od wczoraj ciągle znajduję kartę zawsze w tej samej kieszeni co telefon. Czym  bardziej tego pilnuję, tym bliżej telefonu jakoś przypadkiem trafia.

- Aniu, to schodzimy na to śniadanie?

- Jeszcze chwilę.

Głos dobiega z łazienki, znam ja te chwile. Za pół godziny jemy. Śniadanie dobre. Zwłaszcza truskawki świeżo przyrządzone, ale i sery, i salami czosnkowe. Najedzeni jesteśmy gotowi na rejs. Przypływa Wiktor w motorówce. Pakujemy się i mamy świetną wycieczkę, której trasa jest na mapce. Zielona kreska motorówką, niebieska autem. Widzimy foki, podpływamy do nich na niewielka odległość co nie bardzo im odpowiada, bo zawsze nurkują pod wodą, jak już mam zrobić zdjęcie. Płyniemy na wyspę Lyngor, właściwie to kilka wysp. Do domków na nich położonych nie da się dojechać samochodem. Powiem tak. Mały raj. Domki, jak Cię mogę, nic nadzwyczajnego, jak to u Norwegów. Wyraźnie nie lubią epatować swoją kasą. Ale położenie tych domów jest malownicze i romantyczne. Każdy z tarasem nad wodą, pomostem do prywatnej przystani z czymś do pływania. Wiktor opowiada.

- Te nieruchomości sprzedają się za grube miliony. I jeśli ktoś ma na Lyngor choćby budę dla psa to ma kasy więcej  niż jest w stanie wydawać.

Okolica jest faktycznie cudna, poszarpane skaliste wybrzeże, cała masa zatoczek, uczta dla oczu. Większość budynków to obecnie domy letnie. Te za grube miliony też służą  swoim właścicielom tylko na wakacje. Ale uwaga! Nadal żyje tu około 75 stałych, całorocznych mieszkańców wyspy. Samochodu tu nie zobaczysz, każdy ma jakąś motorówkę tudzież jachcik. Brak połączenia lądowego z resztą Norwegii chyba nie jest tu traktowane jako utrudnienie. Mieszkańcy raczej uznają to za największy atut tego miejsca. Płyniemy dalej. Żona Ania kieruje spory odcinek motorówką wprowadzając mnie w  stan przedzawałowy.

- Krzysztof co ty taki blady się zrobiłeś?

- Eee, to na tle kapoka tak cera kontrastuje.

- Poluźnij ten kapok, bo się udusisz zamiast utonąć.

Widzieliśmy masę wysp i wysepek. „Norweską Wenecję” i piękny kawałek tak zwanej „Norweskiej Riviery”. Z tą Wenecją to bym nie przesadzał, było kilka bardzo ładnych mostków, ale to porównanie jednak mocno przesadzone. Pływaliśmy 6 godzin w pełnym słońcu, wśród zakamarków wybrzeża. A wszystko okraszone informacjami i uśmiechem.

- Długość norweskiego wybrzeża nie licząc wysp to 25 148 km. Podczas gdy polskie wybrzeże wraz z Zalewem Szczecińskim i Wiślanym wynosi 770  km.

- Różnica robi wrażenie

- A wyobraź sobie, że z wyspami to 83 281 km

Wiktor to miły gość wyraźnie lubiący to co robi. Świetnie zorganizował nasz cały dzień na wodzie. Był nawet piknik na Lyngor, gdzie częstował  własnoręcznie zrobionym smalcem i własnoręcznie zrobionym winem. Podział zrobiliśmy po warunkach, czyli Ania piła wino a ja zeżarłem smalec. Żegnaliśmy się z Wiktorem, jak starzy znajomi. Kto wie, może wybierzemy się z Nim kiedyś na oglądanie zorzy polarnej. Mamy jeszcze cały wieczór a wieczory tu wyjątkowo długie. Postanowiliśmy pojechać samochodem do Gjeving. Miasteczka, które od strony wody wyglądało bajkowo. Okazało się, że od strony lądu to równie urokliwe miejsce. Jakże inne od naszych zatłoczonych nadmorskich kurortów. Tutaj czuje się spokój i kontakt z naturą.

- Wiesz Krzysztof zgłodniałam chyba

- Za mostkiem jest restauracja.

Restauracja powoli zwija się do zamknięcia. Co tak szybko, skoro słońce jeszcze nie zaszło. No tak, ale tu zachodzi o 23-ciej. Niecierpliwie czekam dalszej jazdy na północ i coraz dłuższego dnia. To będzie ciekawe doświadczenie. W restauracji miła dziewczyna. Po Norwesku nie mówimy a nasz angielski to poziom szympansa z Chińskiego Zoo. Ale jakoś zamawiamy, coś co ma „hamburger” w nazwie, mając nadzieję, że to  hamburger w istocie. Okazało się, że faktycznie dostaliśmy duże i smaczne hamburgery na talerzach. Po pochłonięciu pokarmu, swoją swoistą angielszczyzną spróbowałem poprosić o rachunek.

- Bil pliss

- Ok

Dziewczyna uśmiechnęła się uroczo i poszła po rachunek. Byłem dumny ze swego angielskiego dopóki nie wróciła ze szklanką piwa. Patrzę zdziwiony, ale może tu taki zwyczaj, że podają piwo gratis na koniec.

- Aj not drink

Próbuję z uśmiechem durnia tłumaczyć, że nie piję alkoholu. Ale kelnerka zdaje się nie rozumieć. Patrzy na mnie dziwacznie. To aż takie dziwne, że nie chcę piwa?

- Ajm not drink alkohol

Próbuję dalej. Żona Ania również zaczęła mnie wspierać w tłumaczeniu kelnerce, że ja nie piję piwa. Ale angielski Ani jest podobny do mojego, więc dziewczyna stoi nad piwem z rozbieranymi oczami i rozdziawioną miną. Nagle ją olśniło.

- Aaaa, bil!

Wyjaśniło się, że usłyszała „bir” czyli piwo zamiast „bil”. No tak, z jej punktu widzenia wyglądało dziwnie, że najpierw gość zamawia piwo a potem mówi, że nie pije. Po wyjaśnieniu powiedziała jakieś zdanie, z którego zrozumiałem tylko „hangry”. To słowo znam więc zamaszystym machaniem wyjaśniłem, że nam starczy i już nie jesteśmy głodni. Na koniec się okazało, że wcale nie pytała, czy jesteśmy głodni tylko, że pomyliła „bill” z „bir” bo jest z Węgier. Ta nasza międzynarodowa pogadanka, gdzie każdy rozumiał coś innego tak mną zakręciła, że nawet zapomniałem doznać drugiego już dziś stanu przedzawałowego na widok wysokości rachunku. Swoją drogą ciekawe co się ostatecznie stało z tą szklanką pełną piwa. Może wypił ten kto nawarzył. Dzień uważamy za niezwykły. Okolicę za przepiękną.

- Aniu, mogłabyś tu mieszkać?

- Przyjechać, popatrzeć chętnie, ale mieszkać nie.

- Ok, to jutro jedziemy dalej.

Wróciliśmy do hotelu. To ostatnia noc w tym miejscu. Nie wiem, jak ją prześpimy, bo ja mam spaloną słońcem całą twarz poza kółkami po okularach a żona Ania nogi. Zdradziecki wiatr na wodzie zakamuflował, że słońce pali mi pysk. Zwyczajnie nie wiedzieliśmy, że do Norwegii bierze się olejek do opalania. Po zdjęciu okularów wyglądam jak kosmita. Łeb piecze mnie cały dookoła włącznie z miejscem pod włosami a może i włosy też. Ania jęczy, że nie wie co zrobić z nogami.

- Krzysztof ja się czuję jak po porażeniu słonecznym

- No, ja też uważam, że to był udany dzień

Wiktor ładuje nas na motorówkę w zatoczce Twedestrand
Odwiedzamy mnóstwo tajemniczych zakątków
Te niepozorne domki kosztują tu fortunę
W taką pogodę wszystko wygląda zachwycająco...
...nawet pan idealny ;)
Słodkie mostki w Gjewing, mam nadzieję, że ta Pani nie chce się rzucić
Flaga narodowa w okolicach domu to bardzo częste zjawisko
Norweska Wenecja
Czy widzicie na jakimś zdjęciu jakiś stragan?
Ostatnie zdjęcie i jutro ruszamy dalej.

Poniżej film z Anią na motorówce. Ofiar nie było, ale ja na pewno będą już żył o kilka dni krócej.

Dzień 4 - 05.07.2019

Tvedestrand, Sirdal Hoyfiellshotell AS

Droga warta przejechania ze względu na ogromne walory krajobrazowe

Rano jeszcze ostatni spacerek po Tvedestrand. Pisałem, że co drugi sklep to antykwariat z książkami. Są też kwiaciarnie. Sprzedająca chyba pół dnia wystawia prawdziwy ogród przed sklep a drugie pół go zwija. Przed sklepem stoi bowiem masa kwiatów, wygląda to bardzo ładnie. Wszystkie sklepy wystawiają się na zewnątrz. Co ciekawe również sklep z biżuterią. Na chodniku stoją stoły a na nich dziesiątki pudełeczek ze złotymi kolczykami, wisiorkami itp. Leży to tak beztrosko bez żadnych pancernych szyb.

- Aniu popatrz, co być powiedziała, gdybym sobie takie złote kółeczko w nos wstawił

- Piała bym z zachwytu, ale na razie odłóż na miejsce.

Norwegowi, który sam nigdy cudzego nie ruszy nawet do głowy nie przyjdzie, że ktoś to może ukraść. I faktycznie nikt nie kradnie. Norwegia to bardzo bogaty kraj, właściwie wszystko sponsoruje państwo. 60% społeczeństwa zatrudniona jest w budżetówce! Mając ropę i gaz nie wiedzą co robić z kasą. Podobno Państwo sponsoruje nawet urlopy do ciepłych krajów, jeśli zgłosi się jakiś Norweg z objawami... zmęczenia. Zarabia się tu bardzo dużo, ale nigdzie tego nie widać. W złym tonie jest pokazywać, że ma się kasę. W Norwegii wszyscy ją mają, więc czym tu się chwalić. Jedziemy do kurortu narciarskiego Sirdal Hoyfiellshotell AS. Po drodze stajemy w przydrożnym muzeum przedstawiającym tradycyjne domki z drewna pokryte darnią.

- Popatrz Krzysztof, kiedyś ludzie tak mieszkali.

- W muzeach?

Nieopodal widzimy wielostanowiskową stację do ładowania samochodów elektrycznych Tesla. I nie jest to nic pokazowego, bo w czasie zjedzenia jednego loda podłączyły się dwa auta.

- A gdyby tak mieszkanie na lewo podłączyć do takiej ładowarki…

Norwegia nie kojarzyła nam się z plażami, ale przemierzając ten kraj musimy zmienić swój pogląd. Są tu i kąpieliska i pustkowia z mchem i skałami, są lasy i ogromne rozlewiska, góry i fiordy, strumienie i zbocza ze śniegiem. Wszystko to na przemian. Wspaniała różnorodność. Objeżdżamy mijane miejscowości chcąc poznać, jak wygląda tu codzienność. Na opłotkach kolejnej wioski jakaś pani wyprowadza psa. Totalne zadupie krzaki po kolana a ta pani wyciąga woreczek i pakuje psie odchody. Niebywałe, to zwykle krzaki za miastem a mimo to dla kobiety jest oczywiste, że trzeba po piesku posprzątać. Chyba, że lepi z tych odchodów figurki dla turystów z Polski.

- Widzisz mężu, jak pani sprząta po piesku nawet w takim miejscu.

- Powiem ci, że w Polsce w takich krzakach to osobiście zdarzyło mi się narąbać i do głowy mi nie przyszło sprzątanie. Zresztą skąd bym wziął taką dużą torbę…

- Wiem, że wydalanie to Twój ulubiony temat z palety romantycznych pogadanek, ale szczegółów mi oszczędź.

A Norweżka spakowała kupkę i poszła z pieskiem dalej. Kwestia mentalności czy wychowania. U nas nawet w mieście na chodnikach większość nie sprząta po psach. Jedziemy dalej, asfalt gładki niczym stół. Same zakręty i dużo odcinków wąskich na jedno auto. Ale nie stanowi to problemu. Kierowcy ustępują sobie miejsce, nikt nie przekracza prędkości 80 km na godzinę, a jeśli jest ograniczenie do 50 to nikt nie przekracza 50. Najciekawsze, że wszyscy jadą jeden za drugim. Wspominałem już o tym, ale ciągle mnie to zadziwia. Nawet na szerokich prostych nikt nie wyprzedza. Wyobrażacie to sobie w Polsce?

- Bo my Aniu brak pojęcia o kulturze i bezpieczeństwie jazdy nazywamy fantazją.

- Zwłaszcza ty, gdy mijasz rowerzystów na centymetry.

- Bo ja tak mam, że to przeszkadza mi tylko gdy to ja jestem rowerzystą.

Przy drodze lasy, granitowe skały, bystre kamieniste strumyki i jeziora. Przejechałem przez lasy już kilkaset kilometrów i nigdzie żadnej wypalonej opony czy regipsu. Nawet papierka po cukierku na przydrożnych parkingach, żadnego kapsla nigdzie! Las to las.

- Aż strach się odlać.

- Wy faceci to najchętniej w tym celu nawet z samochodu byście nie wychodzili. Wystawialibyście przez okno w czasie jazdy, tylko rozmiar wam nie pozwala.

- Ja bym sięgnął.

- Krzysztof, tu nikogo nie ma, a ja chyba znam fakty.

Droga jest zachwycająca. Jedziemy dużo powyżej linii drzew. Dookoła tylko mchy i porosty. Zgniła zieleń i brązy na tle błękitnego nieba. Mnóstwo jezior. W oddali śnieg. Owce z dzwoneczkami na stokach i na drodze również. Na jednym z parkingów wylizały nam cały samochód. Miały też wielka ochotę wylizać moją skromna osobę.

- Krzysztof nie uciekaj, owieczki się boisz?

- A jeśli to baran?

- Baran łatwo poznać

- Barana łatwo poznać

- Po czym?

- Po takim nosie jak twój

Gdzieniegdzie czapy śniegu. Przy temperaturze 28 stopni i pełni lipca to spore zaskoczenie. Jest przepięknie, zapiera dech w piersiach i ciągnie kilometrami. Parkujemy auto i z głupia frant wspinamy na pobliski szczyt. Zasapani stajemy na najwyższym kamieniu. Pod nami wąski pasek drogi i bardzo rzadko jadące pojazdy. Krajobraz, który zapada w pamięć i którego nie odda ani żaden opis ani nawet zdjęcia. Monumentalne piękno po horyzont, w którym zastygamy na długą chwilę.

- Aniu mogłabyś tu zamieszkać?

- Jest pięknie, ale zwariowałabym tu.

- Ok, to jedźmy dalej.

Dojeżdżamy około 17.30, meldujemy się w hotelu i jedziemy znaleźć kawałek trawy na piknik. Zjadamy obiadokolację na kocyku w plenerze. Dużo jazdy i mało wydarzeń. Ale natura, która otaczała nas w podróży starczy za wszelkie atrakcje. Popracuję trochę na laptopie i idę spać. Ania też klika w necie. Jutro jedziemy w kierunku Kjerag. Jest to charakterystyczny kamień uwięziony między skałami. Nie zamierzamy do niego iść, bo to bardzo wymagająca, wielogodzinna eskapada włącznie ze wspinaniem na łańcuchach. Ale podobno samo przemierzenie okolic samochodem daje mnóstwo wizualnych wrażeń. Na Kjerag pójdziemy wtedy,  jak przeniosą go bliżej jakiegoś parkingu.

Ukwiecone ulice przed sklepem. Jakoś nie przeszkadza to straży miejskiej ;)
Żona Ania uwielbia kwiaty, dlatego kiedyś Jej nawet jakiś kupiłem
Tak wyglądają uliczki Tvedestrand w godzinach otwarcia sklepów
Prawdziwe złote cacuszka na ulicy pod sklepem, szaleństwo
Wyjeżdżamy zatrzymując się co jakiś czas w bardzo urokliwych miejscach
Stacje ładowania samochodów elektrycznych są tu nawet na zupełnych zadupiach
Tak kiedyś mieszkali Norwegowie i... aż tak wiele się nie zmieniło
To nie pomyłka, to też zdjęcie z trasy po Norwegii
Wjeżdżamy na płaskowyż i mamy za oknem setki kilometrów piekna
Barany lgną do Ani czego i ja jestem przykładem
Darmowa myjnia samochodowa. Wylizały auto dookoła.
Tej przestrzeni nie oddadzą zdjęcia, Warto tu być osobiście.
Się zasapałem...
Śnieg śniegiem. Ale dlaczego ja mam taki nieproporcjonalny łeb?!
W plenerze w miłym towarzystwie smakuje nawet makrela z puszki z wodą

Dzień 5 - 06.07.2018

Droga z Suleskard do Lysebotn. Kjerag. Lysefjorden. Stavanger. Tau.

Przepiękna droga zwłaszcza między Suleskard i Lysebotn

Budzi nas deszcz? Oczywiście, że nie. Słońce. Za oknem góry. Człowiek szybko przywyka do takich widoków. Idę do łazienki. Ciekawostka, w hotelowych toaletach nie ma zamknięcia. Mało tego, nie było zamknięcia w żadnej toalecie w przydrożnych barach, w których się zatrzymaliśmy. Nawet w McDonalds nie dało się zamknąć od środka. Raczej to tutaj norma. I człowiek tak siedzi na muszli wgapiony w klamkę. Jak skoczek narciarski gotowy zerwać się w chwili pojawienia progu. Same łazienki są proste, żeby nie powiedzieć z zeszłej epoki. Zwykle stojące kibelki z  pociąganą spłuczką, jako prysznic wannowa słuchawka. Trochę historyczne wyposażenie jak na europejskie standardy hotelowe. Nowocześnie to tu nie jest. Nawet przy płaceniu w sklepach czy gdziekolwiek za pomocą karty, jeszcze nigdzie nie trafiliśmy na możliwość płacenia kartą dotykowo. Wszędzie trzeba ją wsunąć w czytnik. Norwegom raczej nie przeszkadza, że w  pewnych sprawach nie gonią cywilizacji, mają tu inne priorytety i na wszystko czas. Oczywiście jeżdżą najnowszymi autami i pływają wypasionymi motorówkami. Ale zabudowania i ich urządzenie proste i skromne. Hotelowe śniadania podobne do tych w całej Europie. Świeże pieczywo, wędliny, dżemy, sery. Na ciepło jajka na miękko i smażone, często fasolka po bretońsku, kiełbaska. Sok pomarańczowy, jabłkowy, kawa, herbata. Na deser jogurty i owoce. Nawet w słabszych hotelach śniadania da się zjeść.

- Jedz Krzysztof, bo przy tutejszych cenach do wieczora ścisła dieta.

- Te śledzie dziwnie smakują, maja jakieś własne zalewy, zbyt abstrakcyjne na mój smak.

Trzy rodzaje śledzi, ale to nie moje gusta. Chyba nie jestem w stanie opisać smaku. Jakieś takie… do dupy. Często jest łosoś na śniadania i makrela wędzona. Tu już ze smakiem lepiej.

- Mówili, że w Norwegii jedzenie nie smaczne, a tu chlebek bardzo dobry a i reszta ok.

- Mówili też, że to zimny kraj… a tu 29 stopni. Zaraz te jajka na miękko stwardnieją.

Żegnamy kolejny hotel i jedziemy dalej. Droga z Suleskard do Lysebotn to prawdziwy cud natury. Krajobraz, jak z innej planety. Gdzie wzrokiem sięgnąć górzysty płaskowyż z mnóstwem akwenów wodnych i owieczek z dzwonkami. Barwy i bezkres nie do opisania. Mogę jedynie zachęcić do pokonania tej drogi.

- Aniu, ja myślałem, że wczorajsza droga była piękna. To co powiedzieć o dzisiejszej?

- Czasem lepiej nic nie mówić…

- I kto to mówi.

Rzucanie się śnieżkami w lipcu bezcenne. Wiecie, jak to jest robić sobie samemu zdjęcie z samowyzwalaczem? Włączam migawkę i mam 10 sekund na dobiegnięcie do Ani przez szeroki rów i po śliskim śniegu. Nie wiem, ile razy biegałem jak wariat tam i z powrotem. Ale w końcu udało się zrobić „dobiegnięte” zdjęcie. Był z tym niezły ubaw i czuliśmy się, jak dzieciaki. Piękne chwile. Sporo postojów na zdjęcia w innych miejscach. I tak za mało. Właściwie trzeba by tą drogę przejść pieszo i robić fotki co sekundę. Po drodze Kjerag ale, jak już wspomniałem odpuściliśmy sobie tą wspinaczkę. Trochę żałujemy, ale kto wie czy nie bardziej byśmy żałowali idąc na ten kamyk. Widzieliśmy ludzi wspinających się. Przygotowani profesjonalnie. Odpowiednie ciuchy, wypchane czymś plecaki.

- Może kamieniami?

Kjerag to najwyraźniej nie przelewki i chyba nie ma sensu zdobywać go ot tak z marszu. Ostatnią część trasy jedziemy w dół na złamanie karku. Spadki po 10%. Bardzo kręta końcówka z tak ostrą stromizną, że czuć było w aucie przegrzane hamulce. Z Lysebotn mieliśmy płynąć dalej promem. Niestety zobaczyliśmy, jak odpływa a następny za sześć godzin.

- Czekamy czy wracamy drugi raz tą sama drogą, którą tu dotarliśmy?

- Jestem już za stara, żeby czekać.

Oczywiście pojechaliśmy z powrotem. Droga w odwrotną stronę nie miała nic wspólnego z nudą. Do końca życia będę pamiętał ten krajobraz. W dodatku mogłem na tych serpentynach zabłysnąć przed żoną jako kierowca. Na pewno zrobiłem dobre wrażenie, ale nie pytałem o to, wolę pozostać z takim przeświadczeniem niż zaryzykować jego weryfikację. Skoro objeżdżamy fiord Lysefjorden to nic nie stoi na przeszkodzie by odwiedzić Stavanger. Stare miasto to wąskie uliczki drewnianych domów z ukwieconymi kawiarniami. Pięknie i... komercyjne. Wolę małe mieściny i naturę. Ale Stavanger zrobiło dobre wrażenie. Problemem było zaparkowanie auta. Wszędzie można stać max 20 minut i to odpłatnie. Kawka na mieście, ciastko w 20 minut i przestawienie auta. Trochę nerwowo. Po jakimś czasie znaleźliśmy miejsce na auto w bocznej uliczce. Kawiarenek sporo, ale ludzi w nich mało. Myślę, że ze względu na zimno nie ma tu tradycji przesiadywania przy stolikach na dworze. Dziś też wieje tu od Morza Północnego. Po dłuższym spacerze po mieście i hamburgerze w Burger Kingu jedziemy na prom płynący do Tau. Na prom wjeżdżamy nic nie płacąc. Przeprawa to około 40 minut. Czekamy aż ktoś przyjdzie po kasę za bilet. W końcu wychodzę z auta i idę na górny pokład. Siedzi tu jakiś koleś wyglądający na biletera. Dogadujemy się łamaną angielszczyzną.

- Gdzie się kupuje bilet za samochód?

- U mnie

- To poproszę

- Ile osób?

- Dwie

- Ok

I facet skasował i dał mi bilet. W ogóle nie schodził na pokład z samochodami. Nikt nie sprawdzał biletów. Gdybym nie natknął się na biletera to przepłynąłbym za darmo. Ale okazuje się, że w Norwegii to oczywiste, że wszyscy bez sprawdzania sami przyjdą kupić bilet. Niczego nie trzeba sprawdzać, bo to społeczeństwo z uczciwością we krwi.

- Na pewno i wśród Norwegów są złodzieje i oszuści.

Rzucam z nadzieja do Ani. Ale to co dane jest mi obserwować w tym  kraju, niejako temu zaprzecza. Widzę to na każdym kroku. W Norwegii ogromne znaczenie ma słowo... zaufanie. Tak też jest w urzędach. Papierki są ograniczone do minimum, jeśli petent powie że tak jest, to urzędnik zwyczajnie przyjmuje to jako fakt. Nie trzeba żadnych poświadczeń czy notariuszy. Ludzie sobie wierzą, a to dlatego że się nawzajem nie oszukują. Wiem to wszystko od Wiktora, który mieszka tu kilka lat i wiecie co? Ja Jemu też wierzę bez notariusza. Mówił nam tak:

- Wiecie, jak ja kogoś oszukam to i ktoś mnie może. Jeśli ja komuś ukradnę to i mi ktoś może. Nie rób innym tego, czego nie chciałbyś doświadczyć na własnej skórze.

- Brzmi logicznie.

Szkoda, że zasady logiki zmieniają się w zależności od szerokości i długości geograficznej. Około 20.00 dopływamy do Tau, gdzie urządzamy się w kolejnym hotelu. Lilland Brewery Hotel. Cała obsługa to Syryjczycy albo pochodzący z tamtej okolicy świata. Uśmiechnięci i bardzo mili ludzie. Obok pizzeria. Bierzemy jedną na wynos i opychamy się w hotelu przed telewizorem. W nim mecz półfinałowy mistrzostw świata w piłce nożnej Belgia - Brazylia.

- Wiesz Krzysztof, odkryłam co jest w tej piłce bez czego nie można żyć?

- Co?

- Powietrze

Taki meczyk to piękne zakończenie pięknego dnia. I kto wie, może nie będę musiał dziś  kichać.

I co? Można się zapatrzeć?...
Jazda tędy to niezapomniane przeżycie
Księżycowy łazik
Czyżby miejscowa rusałka?
A mówili, ze Polaków nie było na Księżycu
Miejscowy troll
Wyobraźcie sobie jak to wygląda na żywo
Samowyzwalacz w aparacie. W pewnym wieku 10 sekund na dobiegnięcie do zony to wyczyn
...ale trening czyni mistrza
Mam Ci Ją!
Stavanger i biały...
...i kolorowy.
Zabudowa drewniana, uliczki brukowane, czuć dawne czasy.
W ogródkach restauracyjnych pustawo. To chyba nie ten klimat.

Dzień 6 - 07.07.2018

Preikestolen, Lysefjord

Spacerek na jasno niebiesko

Budzę się na szczęście nie poobijany o lampę. Ktoś ją zamontował nad samą głową śpiącego. Bardzo nowatorskie rozwiązanie. To cud, że o nią nie walnąłem. Poranna kawa. Wracając do braku „nowoczesności użytkowej” to kawa z ekspresu, jest rzadkością. Najczęściej nie mają ekspresów w hotelikach, nie mają ich też w przydrożnych sklepikach na parkingach. Wszędzie jest kawa w termosach i wszędzie jest do dupy. Kjerag ominęliśmy, ale Preikestolen musimy zaliczyć. A co to jest? Półka skalna. Ludzie zjeżdżają się tu by na nią wleźć i pstryknąć fotkę z głupią miną. Teraz nasza kolej. A tak poważniej to klif w Norwegii o wysokości 604 m, położony nad Lysefjordem. Płaska powierzchnia wierzchołka o wymiarach 25 na 25 metrów, jest jedną z największych atrakcji turystycznych tego kraju. Bezpośrednio na szczyt wiedzie pagórkowata droga o różnicy poziomu 350m i długości 3,8 km. Piesza wycieczka zajmuje około trzy godziny w obie strony. Chyba, że to ja idę, wtedy pięć. Zamykamy drzwi za bałaganem w hotelowym pokoju. Śpimy tu  dwie noce, więc co możesz posprzątać dziś posprzątaj jutro. Auto zaczyna wyglądać jak po safari.

- Zaraz ktoś ci napisze coś palcem po staronorwesku. A tak przy okazji, to z czego ty się tak śmiejesz pod nosem?

- A wiesz, zrozumiałem właśnie wczorajszy żart o piłce

Nie widziałem nigdzie żadnej myjni, będę wypatrywał. A może Norwegowie wjeżdżają po prostu do rzeki. I kąpią się ze swoim samochodem jak to robią jeźdźcy w Indiach ze słoniami. Jak w końcu trafiłem na myjnię, to po przestudiowaniu cennika okazało się, że jednak brudny Jeep wygląda bardziej stylowo. Stacja paliw zamknięta, ale tankujemy samoobsługowo płacąc kartą. Najpierw karta potem tankowanie, nigdy odwrotnie. Oczywiście nie odbyło się normalnie bo podjechałem pod stanowisko tirów i końcówka węża nie mieści  mi się do wlewu. Psikam na pół gwizdka. Normalnie, jakby dystrybutor prostatę miał. Z 15 minut wlewałem 20 litrów. Aż mi się żona w aucie obudziła, bo Ona śpi tylko jeśli auto jest w ruchu. Po zalaniu wziąłem wąż z innego dystrybutora, żeby sprawdzić czy ma cieńszą wlewkę i zaczął wyć jakiś alarm. No tak, najpierw karta potem tankowanie. Alarm wyje a Norwegowie tankujący obok zaczęli patrzeć na nas dziwnie. Wszystko ucichło, gdy odwiesiłem wąż. Postanowiliśmy oddalić się z miejsca zbrodni. Ruszamy w stronę parkingu pod Preikestolen. Żona śpi. A nie... ma tylko zamknięte oczy. Dojeżdżamy na parking, podchodzi dziewczyna w służbowej kamizelce i coś chce mówić więc uprzedzam ją dukając po angielsku

- Ostrzegam, że rozumiem po Norwesku ani po angielsku, wyłącznie polski

- Dwieście

- Aa... to rozumiem w każdym języku, chyba że powiedziała po polsku.

Zapłaciłem. Samochód bezpieczny. Przed nami 2-godzinna wspinaczka podobno prostą trasą. Upał. Leśna ścieżka, lekko pod górę, luzik, faktycznie proste podejście. Na początku wszystkie mordki uśmiechnięte, słychać pogwizdywania, ktoś podśpiewuje. Po kilku zakrętach zaczynają się głazy i kąt natarcia znacznie się zwiększa. Pogwizdywania umilkły, nikt nie śpiewa, z dźwięków słychać tylko sapania i astmatyczne świsty, w  tym moje a może i głównie. Żona Ania wyrwała do przodu, wstyd nie  nadążać. Wspinam się z językiem na brodzie. Ludzi jak na Norwegię dużo. Jedni idą na szczyt inni wracają. Po kilometrze stromizna z głazów odbiera mi oddech.

- Aniu siądźmy na chwilkę.

- Już? Jeszcze trzy kilometry.

Siadam i oddycham ciężko. Widzę, że inni też robią przystanki ale bardziej zakamuflowane. A to jakaś pani zatrzymała się przed tabliczką i niby czyta, chociaż na tabliczce litery wypłowiały już lata temu. Inny maruder przekłada coś niby z plecaka do plecaka, bo to akurat teraz jest bardzo istotne. Jeszcze inny wiąże obie sznurówki które wcale się nie rozwiązały. Większość siada na kamieniu w celu rzekomego podziwianiu widoku, który w tym akurat miejscu chyba tylko on widzi. Ludzie starają się kamuflować swoje zmęczenie i są w tym niezwykle kreatywni. Ja nie udaję, padam na kamień zwyczajnie ze styrania wspinaczką. Przechodzimy połowę drogi. Jest sporo pod ostrą górę.

- Aniu siądźmy na chwilę

- Znowu?

To chyba pytanie retoryczne. Siedzę i sapię. Żona Ania wspiera mnie dzielnie co chwilę:

- Jaki ty słaby jesteś.

- Wyglądasz jakbyś miał ducha wyzionąć.

- Kondycji nie masz za grosz.

- Boże jak ty się wleczesz.

Nie ruszają mnie te pochwały. Ale gdy zobaczyłem jak wyprzedza mnie  chyba stuletnia staruszka z kijkami moja męska duma pękła. Postanowiłem to zmienić i... odwróciłem na kamieniu, żeby nie widzieć tej babci. Trzy przystanki na cztery kilometry wspinaczki to chyba jednak nie tragedia. Zwłaszcza, że droga powrotna poszła, jak z płatka.

- Bo Aniu ja pod górę to byłem jeszcze nie rozgrzany!

Na szczycie płaska półka z masą ludzi. Nazywają to miejsce Preikestolen. Ludzie robią fotki, siedzą, leżą, jedzą, piją. Kto wie, może ktoś nawet uprawiał seks. Niektórzy przeraźliwie blisko krawędzi 600 metrowego urwiska pozują w przedziwnych konfiguracjach. Jedni robią szpagaty i inne dziwne wygibusy tuż nad krawędzią. Inni siedzą na krawędzi ze spuszczonymi w dół nogami, którymi dyndają beztrosko nad przepaścią. U nas w miasteczku po otwarciu wieży kościelnej dla turystów od razu dwóch samobójców się rzuciło, a tu na tyle osób nic, nikt nie skacze? Nie, żebym był rozczarowany.

- Krzysztof, bo na kościół łatwo wejść. Jaki samobójcą przed śmiercią będzie się wspinał dwie godziny.

- Masz rację. Ale nawet przez przypadek nikt nie spada?

- Skąd wiesz?

Faktycznie, nie wiem. Może czasem ktoś spada, ale to tak częste, że nikt uwagi nie zwraca. Preikestolen to prawdziwa wieża Bąbel. Słyszę wszystkie języki świata w tym bardzo dużo Polaków. Siedzi sobie na przykład takich dwóch młodzieńców na kamieniach naprzeciwko i klną do siebie. Taka rozmowa. Wiecie, że nie jestem fanem przeklinania, ale czasami wygląda to naprawdę karykaturalnie. Na szczęście nie wszyscy rodacy mają taki zaśpiew. Nie pierwszy raz widzę, że jesteśmy wszędzie. Słońce grzeje niemiłosiernie, ludzie porozbierani na ile się da. Niestety żadnego toples nie namierzyłem. Znaczy damskiego, bo męskich aż nadto. Ciekawostka, tatuaże. Powoli zaczynają wyróżniać się ludzie, którzy ich nie mają. U wielu osób zachwiany został tak zwany umiar. A może nie mam gustu. Może wytatuowana po całości dziewczyna z duuuuużą nadwagą, namalowanymi markerem brwiami i zielonymi włosami wygląda super. O gustach się nie dyskutuje. Nie oceniam – zauważam. Swoją drogą tatuaże to moda. Mody przemijają. Kiedyś chodziło się w spodniach typu dzwony, na szczęście po przeminięciu mody dzwonów można chodzić w innych spodniach. A co będzie po przeminięciu mody tatuażu?

- Aniu a co byś powiedziała, jakbym sobie na dupie wytatuował motylka?

- Do twojej dupy to bym proponowała jednak muchę.

Toaleta na parkingu zapchana. Ale tak mi się sikać chce, że postanowiłem do niej dolać po brzeg. Kara nadeszła szybko. Wychodzą a pod drzwiami czeka młoda dziewczyna. Masakra, wchodzi po mnie do zapchanej toalety. I co sobie pomyśli? Że to ja ją zapchałem! Taka sytuacja. Uciekamy z  parkingu czym prędzej. Zajechaliśmy do spożywczaka, gdzie - jak to w Norwegii - wydaliśmy fortunę na nic. Kolację kanapkową zrobiliśmy nad brzegiem jeziora, czy fiordu, sam nie wiem. Nad brzegiem akwenu. Było bardzo romantycznie. Czasem bardzo proste rzeczy są najpiękniejsze. Hmm proste... cóż znaczy to słowo. Wspinaczka na Preikestolen w przewodnikach opisywana jest jako „prosta”. Po czterogodzinnej mordędze muszę przedefiniować swoją wizję słowa „proste”. A jak bym wyglądał gdybym poszedł na Kjerag? Co po norwesku znaczy „prosty szlak” już wiem, ale przy Kjerag piszą, że to „szlak trudny!”. Myślę, że gdybym poszedł to szlak by mnie trafił. Jutro w planie 8 godzin jazdy. Staram się wybierać na blog zdjęcia, na których nas nie ma, ale to trudne. Nie robiłem zdjęć z myślą o blogu tylko o pamiątce dla nas. Dlatego niestety musicie podglądać Anię a i mnie tolerować od czasu do czasu. Dobranoc.

Czasem człowiek czuje się tak, jakby mu coś wisiało nad głową
Spacerek
Jak mawiają Norwegowie "prosta trasa"
Taki tam kamyk po drodze
Można odsapnąć udając, że się studiuje informacje z tabliczki
Ja wybrałem się jak amator w wycierusach i brzuch zapomniałem zostawić w hotelu
Jak widać nie tylko nam odbiło, żeby tu włazić
Warto było
W lewo! Jeszcze w lewo!
Moja interpretacja figury ze Świebodzina
Uwierzcie na słowo, że tam stoi Ania z rozłożonymi rękoma
Pierdzielę, nie robię
Tu to nie wiem na co patrzeć
Jeszcze łyczek na dachu i schodzimy na parter
Romantyczna kolacja z puszki nie wiadomo gdzie
Bujaj się stary

Dzień 7 - 08.07.2018

Droga do Årdalstangen

W końcu na północ

No i nigdzie w łazienkach nie ma żadnych haczyków na powieszenie ręcznika. We wszystkich hotelach podczas całej podróży ręczniki trzeba było trzymać w zębach albo wieszać na kiblu. Taka ciekawostka. Wspominałem, że pierwszego dnia spaliłem słońcem twarz poza miejscem pod okularami. I że bez okularów wyglądam abstrakcyjnie? To się zmieniło. Na gorsze. Złazi mi skóra. Wyglądam jeszcze ciekawiej. Na śniadaniu słyszę od żony takie teksty:

- Skóra z czoła sypie ci się do talerza.

- Jestem taki głodny, że to jak manna z nieba.

Dziś zamierzamy w końcu ruszyć się na północ, bo dni lecą a my wciąż kręcimy się wokół komina. Mija tydzień a my ciągle na południu Norwegii. W tym tempie może nam zabraknąć wakacji na Nordkapp. Zarezerwowałem Klingenberg Hotel w miejscowości Årdalstangen, świadomie mijamy Bergen bo nie bardzo nas interesują duże miasta, nawet ładne. W drogę. W planie cały dzień w aucie i podgonienie kilometrów. Z kilkoma przystankami na zdjęcia i posiłek w plenerze. Powiecie, że nuda? Ależ skąd. Norwegia jest piękna gdzie się nie odwrócisz, sama jazda po Norwegii jest ucztą dla oka. Chce się zobaczyć jak najwięcej a jadąc mamy taką możliwość. Po drodze napotykamy na mnóstwo urokliwych miejsc, czy to ze starymi  kamiennymi mostkami, czy z widokiem zapierającym dech, czy jakieś stare hytty z dachami z trawy. Albo, jak dziś jakaś manufaktura, coś w rodzaju młyna napędzanego wodą. Nie odkryłem czy to rodzaj tartaku czy jakieś inne urządzenie. Wszystko porosłe mchem, ale drewnianymi korytami wciąż przelewa się woda, jakby nie wiedziała, że jej praca nie jest tu już potrzebna. W tym kraju promy są nierozłącznym elementem podróży. Jednak powoli tunele i mosty przejmują tą rolę. Dziś mieliśmy tego przykład, przeprawa promowa jedna, tuneli mnóstwo. Wiele kilkaset metrowych i to jeden po drugim. Potem kilka 4-kilometrowych i gdy  myślałem, że to dużo pojawiły się ponad 7-kilometrowe. Po chwili jechaliśmy tunelem o długości ponad 11 kilometrów. Myślicie że to dużo? Ano dużo, ale najdłuższy z tuneli przekroczył 24 kilometry !!!!

- Końca nie widać.

- Ty i tak śpisz.

- Nie śpię.

- Wiem, wiem. Tylko oczy masz zamknięte, tylko po co skoro w tunelu i tak ciemno?

Przez cały dzień przebyliśmy pod ziemią lekko licząc z 70 kilometrów. Spotykałem już w swoim życiu rozjazdy w tunelach ale dziś pierwszy raz widziałem dwa potężne podziemne ronda. Samo wykonanie tuneli też jest ciekawe. Żadne kafelki, czy nawet betonowe kręgi. Nawet tynku brak. Zwyczajna skala wyłupania nierównomiernie, tak „mniej więcej”. Jak gdyby wpuszczono tu stado robotników z prostymi długami i kazano im się przebić na drugą stronę góry. Tunele sprawiają wrażenie bardziej wyłapanych niż wydrążonych. Surowy, niewyrównany granit. Pewno podobnie wyglądają naturalne jaskinie. Światełka rozmieszczone rzadko, wąska jezdnia i krople wody kapiące na dach samochodu robią swoiste wrażenie. Czarna noc w środku słonecznego dnia. Ciekawe doświadczenie. Zwłaszcza, że przy wyjazdach z tunelu, witał nas zazwyczaj bajkowy krajobraz.

- Zobacz Krzysztof, mamy w Polsce takie problemy z budową dróg a przecież budujemy na płaskim, a tu?

- Tu każdy kilometr drogi jest wydarty naturze zapewne z pomocą ładunków wybuchowych. Nie mają lekko.

W Norwegii wybudowano około 1000 tuneli, a ich łączna długość wynosi 800 kilometrów. 30 z nich wydrążono pod wodą. Rocznie powstaje od 20 do 30 km nowych tuneli. Są też mosty. Wielkie wiszące przerzucone nad potężnymi fiordami. Najdłuższy z tych wiszących cudów ma 1380 metrów długości. Most przerzucony jest nad fiordem głębokim na 1000m. Takie konstrukcyjne perły spotyka się tu bardzo często. Jadąc zachodnim wybrzeżem Norwegii ciężko o płaski kawałek ziemi. To wysokie skaliste wzniesienia poszarpane głębokimi fiordami. Zbudowanie tu sieci drogowej, po której sobie właśnie beztrosko jadę, to ogromny wysiłek finansowy. Nie wspominam o licznych przeprawach promowych. Podróżowanie tędy nie nudzi, nie tylko ze względu na zaczarowane krajobrazy, ale i na  infrastrukturę, po której się poruszamy. Oczywiście wiele stromych i  krętych górskich dróg zamykanych jest zimą. Wielokrotnie jadąc mijamy szlabany, które latem są na szczęście pootwierane.

- Zauważyłeś, że tu asfalt nie ma dziur?

- Tak. To faktycznie dziwne. Nawet łat nie widać.

- U nas po każdej zimie jest dziura na dziurze. Potem łata na łacie.

- Może tu lżejsze zimy są...

Podobno w wielu miejscach temperatury zimą osiągają -40 stopni i w tych miejscach też są asfaltowe drogi bez dziur.

- Jak Oni to robią?

- Albo, jak my w Polsce to robimy?

Oczywiście nie było dziś wyłącznie tuneli. Były spektakularne fiordy, monumentalne góry z ośnieżonymi szczytami, szerokie bystrza. Dwa razy robiliśmy przystanki przy wspaniałych wodospadach, które były po prostu przy drodze. Dwa były przepiękne ale takich „zwykłych” minęliśmy kilkanaście. Sądzę, że jazda samochodem to najlepszy sposób na zwiedzanie Norwegii. Pewno już to mówiłem i jeszcze powiem nie raz. Narasta też we mnie ciekawość, jak to co mijam wygląda zimą.

- Widzisz Krzysztof, jest taki paradoks. Jak patrzysz na ten krajobraz dokoła, powiesz, że piękny. A jak ktoś to namaluje, to kicz.

- Chciałabyś tu zamieszkać?

- Tak, ale na jeden dzień. Dziś i wystarczy.

Årdalstangen to miasteczko noclegu, jakich wiele w Norwegii. Piękny widok z hotelowego okna jest zawsze zagwarantowany, bez względu na to, z której  strony budynku jest okno. Spacer po okolicy, dokarmienie mew i do łóżka. Jutro w planie piesza wędrówka.

W drogę. A jaka droga jest, każdy widzi.
Za siedmioma górami, za siedmioma lasami...
Chce się zdjąć buty i wejść...
Kamień, woda, trochę mchu. Najbardziej urzekają rzeczy proste.
A tubylcy mają te widoki na co dzień
Wodospady są prawie za każdym zakrętem
Dlatego więcej się tu stoi i podziwia niż jedzie
Roi się od niespodziewanych miejsc
Ciekawe do czego to służyło
Ach... Jakże młodo wyglądamy na tle starego ;)
Hotel, jakże by inaczej, nad fiordem
Te mewy chyba jadły dziś więcej od nas
Widok z łóżka bez podnoszenia głowy. A godzina 24.00 !

Dzień 8 - 09.07.2018

Øvre Årdal, Vettisfossen, Jostedalsbreen National Park

Jasnoniebieskim trasa piesza. Niepozorna długość... teoretycznie

Vettisfossen. Tak się nazywa wodospad, który chcemy odwiedzić. Podobno w Norwegii jest dużo wyższych i piękniejszych. Ale żeby je zobaczyć nie trzeba się nigdzie wspinać. A tu trzeba i to ma być niby ten plus. Nie najwyższy, ale 275 metrów robi wrażenie. Znalazłem informację, że jest najwyższy w Norwegii wśród wodospadów swobodnie spadających. Nie pytajcie mnie co to znaczy. Ale jak jest jakieś „naj” to warto zobaczyć. Norwegia słynie z wodospadów. 10 spośród 30 najwyższych na świecie wodospadów znajduje się w Norwegii. Wiele z nich łączy góry i fiordy, podczas gdy inne stanowią integralną część rzek i ukazują różnorodność norweskich krajobrazów. Mijamy Øvre Årdal i  lądujemy na parkingu Hjelle.

- Aniu to spacerek będzie. Na mapie widzę, że do przejścia kawałeczek.

- Ale może pod górę.

- Eee tam. Obrócimy w godzinkę i jedziemy dalej.

Jednak coś mnie tknęło, żeby przebrać się w dres i lepsze buty. Dzięki Ci Boże za to przeczucie. Na początek tabliczka, że 6,5 kilometra w jedną stronę. Trochę zadziałało na wyobraźnię, ale ścieżka asfaltowa i płaska więc spoko. Już na początku widać jakiś piękny wodospad. Fotki i idziemy dalej. Asfalt się kończy. Kamyczki. Nie ma tragedii, bo płasko. Skończyło się płasko, jest pod górkę..

- Wiesz Aniu 6 km pod górkę to jednak będzie wysiłek.

Idziemy, jakby coraz mniej rozmowni. Po 5 kilometrach mordęgi ścieżka się rozwidla. Pytam żonę Anię:

- W którą idziemy?

- Ta w prawo wygląda trudniej, bo idzie w las i po kamieniach

- Czyli my w lewo?

- Czyli w prawo.

To nie była dobra decyzja, mogliśmy poczytać tabliczki informacyjne z oznaczeniami szlaków. Zamiast na 6,5 kilometrowy zielony prowadzący na dół wodospadu, wleźliśmy na czerwony 8 kilometrowy pnący się na górę wodospadu. Ludzie co się działo! Ania pomknęła jak kozica do przodu a ja po pół godzinie wspinaczki po głazach miałem już pierwszą śmierć kliniczną i bardziej chciałem iść w stronę światła niż na szczyt tej góry. Szlak okropnie stromy i kamienisty, czasem z łańcuchem wspomagającym wspinanie. Tak to właściwe słowo, to nie było wchodzenie tylko wspinanie.

- Aniu to zemsta za ominięcie Kjerag!

Krzyczę za żoną, ale po niej kurz tylko się unosi. Ciśnienie w skroniach skoczyło na maksa.

- Boże ile ja mam tych skroni...

Serce wali jak młotem, nogi z waty. Żony z przodu nie widać. Normalnie myślałem, że ducha wyzionę. Nasza poprzednia wspinaczka na półkę skalną Preikestolen jawiła mi się teraz niczym sielanka. Siadam na co 30-tym kamieniu i sapię tak głośno, że mogłem zagłuszyć wodospad. To było cholernie ciężkie dla gościa spędzającego życie przed komputerem. I jeszcze ta urażona ambicja, że żona poszła przodem. Jej chodzenie w domu na kijki robi jednak swoje. Siedzę na kolejnym kamieniu i stękam. Z góry schodzi jakaś uśmiechnięta parka. Uśmiechają się, jakby ich tu śmigłowcem dowieźli.

- Witam. Widzę, że schodzicie już. Ile czasu mam jeszcze do końca?

- Myślę, że 12 minut

Myśliciel się znalazł. Ale jednak końcówka. Ta stromizna mnie wykańcza. Wdrapuję się z 10 minut i widzę kolejną schodzącą parę. Też uśmiechnięci. Jak oni to robią? Ja mam mokrą od potu koszulkę, nos osmarkany, na ustach grymas zmęczenia, całą twarz w obłażącej od słońca skórze. Myślę, że mojego uśmiechu można się przestraszyć. Teoretycznie powinienem być 2 minuty od celu.

- Witam, daleko jeszcze?

- Myślę, że z 25 minut

Oj za dużo myślą. Załatwili mnie na amen. 25 minut? A 10 minut temu było 12? 25 minut to mi zajmie dwa dni. Jednak prędzej wyzionę ducha niż zrezygnuję. W końcu docieram na szczyt klnąc pod nosem ze szczęścia. Żona Ania czeka. Pewno długo, ale nie dołuje mnie, raczej widzę w jej oczach współczucie, może nawet litość. Zauważa nieco zdziwionym tonem:

- Jesteś…

- Tak, muszę Cię rozczarować, nie spadłem w przepaść.

- Wyglądasz na zmęczonego.

- A bo wiesz nie mogłem się rozgrzać i dla utrudnienia szedłem tyłem.

Wodospad spada w dół. Ot taka ciekawostka. Czy wygląda jakoś nadzwyczajnie? Hmm... to nie o to chodzi. Ważne by mieć cel wędrówki. Wodospad okazały ale drugi raz wołami mnie tu nie zaciągną. Po zrobieniu zdjęć dosięgła nas nieuchronna myśl, że trzeba całą tą drogę pokonać teraz w dół. Po uświadomieniu sobie tego zaczęło mnie boleć wszystko, co  jeszcze do tej pory mnie nie bolało. Ale co robić wracamy. Stromizna w dół wcale nie jest łatwiejsza. Żona Ania dwa razy pośliznęła się tak, że leżała na plecach. No gehenna.

- Krzysztof, nie czuję stóp.

- Ja akurat Twoje czuję.

- Palce mnie bolą.

- Mnie też. Zwłaszcza mały palec o obydwu stóp. Właściwie to mam już po dwa duże palce u każdej stopy.

- W moich stopach wszystkie palce są teraz duże. Moje ślady wyglądają, jakby je zostawił Yeti.

Po mordędze wróciliśmy w miejsce rozwidlenia. Teraz doczytaliśmy tabliczki informacyjne. Gdy ktokolwiek tu trafi i będzie miał dylemat, w którą stronę iść, to pamiętajcie, skręćcie... też w prawo. Dlaczego niby macie mieć lepiej od nas. A tak poważnie to osobiście uwielbiam się tak upodlić zmęczeniem bo satysfakcja wtedy jest ogromna.

- Krzysztof to już końcówka

- Moja na pewno

- Chyba zgubiłam na górze okulary, skoczysz?

Dowcipna prawda? Po drodze widzieliśmy kilka pięknych wodospadów, bystrzy i kamiennych zwalisk. A także małe porośnięte trawą drewniane domki nieznanego przeznaczenia. Było ciężko ale się opłacało. To miał być spacerek a zajęło nam 5 ciężkich godzin. Na parkingu odpaliłem lapka i zarezerwowałem hotel Videseter, dotarliśmy do niego po 4 godzinach przed 21-szą. Droga krajobrazowa przy Jostedalsbreen National Park, jaką dane nam było jechać to kolejny cud natury. Przejechanie nią jest obowiązkowe jeśli chcemy poczuć esencję Norwegii. Piękno przez wiele kilometrów. Kolejny raz brakuje mi słów. Nie będę się silił na opisy krajobrazów nie do opisania. Na zdjęciach widać różnorodność tej drogi. Surowość wyższych partii i letni klimat dolin. Tak wielka różnorodność na przestrzeni tak niewielu kilometrów. Hotel Videseter zbudowany jest w zadziwiającym miejscu, znajduje się bowiem na środku stromego podjazdy przy jednym z serpentynowych zakrętów. Oczywiście widoki z okna to standard. Po kanapce, po prysznicu i zasłużony odpoczynek.

To będzie spacerek
Już na starcie piękny wodospad. I po cholerę było iść dalej.
Wodospad, tęcza i ONA. Brakuje tylko baranka i motylków.
Już na początku Ania wygląda na bardzo zmęczoną....
...ja natomiast czuję się niezwykle wypoczęty.
Domek Baby Jagi i sierotka
Kolor wody oszałamiający
Szczeliny wycięte przez płynącą wartko przez setki lat wodę
Pierwsza próba ucieczki, niestety przerwanej przez ambicję
A jak prasuje to jest zmęczona
A gdyby tak się włamać i poleżeć trochę na podłodze...
Przed oczyma piękna fatamorgana
kolejny drugorzędny wodospad...
...i kolejny.
Można udawać, że się nie pocimy?
Jak widać Ania pokonała już tą stertę głazów. Ja się jeszcze rozgrzewam.
A oto i On.
Droga krajobrazowa przy Jostedalsbreen National Park
Jak myślicie do czego służą te 2metrowe tyczki powtykane wzdłuż drogi?
Na drodze czasem owce, czasem krowy...
...a czasem byk.
Niech Was nie zmyli śnieg jest lipiec.
Stojąc na kamieniu jestem całkiem postawnym mężczyzną
Taka zabawa kamykami to częsty proceder w Norwegii. Tak, żeby kamień na kamieniu jednak pozostał.
autem 1434m nad poziomem morza, niezły wynik
Dla mnie osobiście, jedno z piękniejszych miejsc
A po chwili klimaty diametralnie inne
Dobre miejsce na puszkę makreli z bułeczką
I co Wy na to?... ;)
Tym razem z hotelu taki widoczek

Dzień 9 - 10.07.2018

Geiranger (Briksdal, Droga Troli), Atlantic Road, Most Storseisundet.

Hotel w górach. Widok, jak zwykle świetny. Bez luksusów, ale łóżka, łazienka i śniadanie jest.

- Nie wydziwiaj na śniadaniu tylko jedz co jest bo do wieczora nie jemy. Zbieraj tłuszcz w garbie.

- Wiesz, że ja rano nie mam apetytu.

- Ale, jak tylko wyjdziemy z hotelu to ci momentalnie wraca.

- Mi te ich śledzie wracają. Normalnie smakują, jak przeterminowane. Kto im wymyśla te zaprawy.

Jedziemy do Geiranger. Jest taka miejscowość na końcu fiordu o tej samej nazwie. Pływaliśmy po tym przepięknym fiordzie kilka lat temu więc teraz tylko rzucimy okiem i dalej. Ominiemy też pobliski lodowiec Briksdal i Drogę Troli. Wszystko to mamy zaliczone 5 lat temu i nie chcemy powielać tych samych miejsc. Pisałem o tych atrakcjach jakiś czas temu. Ale jeśli ktoś jest pierwszy raz to te miejsca są zdecydowanie zestawem obowiązkowym.

- Aniu mam zakwasy w nogach i jakby w dupie też.

- Znowu zaczynasz jęczeć?

- Mam nadzieję, że dziś nie wyskoczy jakaś wspinaczka.

- Starzejesz się.

- Ja się martwię wyłącznie o Ciebie. Wczoraj ledwo powłóczyłaś nogami.

- Ja?

Geirangerfjorden to chyba najpiękniejszy z fiordów. Wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Fiord w kształcie litery S ma długość 15 kilometrów i otoczony jest stromymi, skalistymi zboczami, po których spływają liczne wodospady, m.in. De Syv Søstrene (Wodospad Siedmiu  Sióstr). Pamiętam nasz rejs sprzed 5 lat. Tego nie da się zapomnieć. Przepłynięcie Go w obie strony przynajmniej raz w życiu to obowiązek każdego turysty. Sporo tych obowiązków w Norwegii. Fiord jest tak głęboki, że przemierzają go olbrzymie dalekomorskie promy. W trakcie poprzedniego pobytu przepłynęliśmy go wzdłuż i wszerz co było cudownym wizualnym przeżyciem. Dziś zahaczyliśmy tylko o miejscowość Geiranger. W miasteczku, a właściwie wsi, w której mieszka 250 ludzi, cumował akurat wielki wycieczkowiec, co jest tu zresztą bardzo częste. Co ciekawe, wioska jest stale zagrożona zapadnięciem się pobliskiej góry Åkerneset do fjordu, co mogłoby skutkować wywołaniem fali tsunami i zatopieniem wsi.

- Takimi wycieczkowcami też można zwiedzać Norwegię.

- Wiesz Aniu, że nie umiem pływać.

- Wyobraź sobie, że ta umiejętność na promie nie jest wymagana.

Ze względu na dużą ilość turystów w jednym miejscu - co w Norwegii jest rzadkością - panuje tu swoista atmosfera. Gwar na nabrzeżu, sklepiki z pamiątkami, lodziarnie. Prawie, jak w Polsce nad morzem. Jednak jakoś inaczej, bardziej wszystko stonowane nie czuć nachalnej komercji.

- Aniu kupiłem lody.

- Nie musiałeś sprzedać samochodu?

Fakt, drożyzna to duża wada Norwegii. Hamburgery po 50 złotych potrafią stanąć w gardle. Dlatego opieramy się na hotelowych śniadaniach, a potem mech i korzonki. Czasem jednak coś kupujemy, to super sposób na podniesienie ciśnienia. Ogólnie jakoś damy radę, dopóki bank nie wie na co idą jego kredyty.

- Nie szastaj tak.

- To tylko lody. Ale ok, następne wezmę bez wafelków.

Miłe spędziliśmy czas siedząc na schodkach i obserwując ludzi przybyłych z różnych stron świata. Czas jechać dalej. Po pokonaniu stromych serpentyn widok z góry na miasteczko jest tak imponujący, że samochody zatrzymują się na środku drogi. Tamują ruch, żeby zrobić zdjęcie. Piękne miejsce, ale zostaje za plecami. Następny przystanek do słynny most na Atlantic Road. Droga o długości 8,3 km jest zbudowana na kilku małych wyspach i szkieletach, które są połączone kilkoma groblami, wiaduktami i ośmioma mostami - najbardziej znanym jest Most Storseisundet. Warto tamtędy przejechać by sprawdzić na własnej skórze, że proste mosty to przeżytek.

- Zauważ Krzysztof ile tu wędkarzy.

- A ile wędkarek.

- Faktycznie sporo kobiet wędkuje. Co jeszcze będziemy musiały robić za was…

- Jestem już tak głodny, że ten robak na ich haczyku wygląda smakowicie.

- Ale to sztuczny robak.

- W dzisiejszych czasach trudno o naturalną żywność.

Od początku wycieczki mieliśmy w planie przejechanie tej drogi z legendarnym krzywym mostkiem. Most Storseisundet to wizytówka nie tylko Atlantic Road ale i całej Norwegii.

- Tu na tych skałkach jakieś chałupki stoją.

- To zapewne wędkarze mają swoje sezonowe lokum. A część pewno wynajmują. Może niektóre są zwyczajnie opuszczone.

- Ale mostek ekstra. Chciałabyś tu mieszkać?

- Pod mostem?..

Przejażdżka Pacyfik Road nie trwała długo ale warto było. Cała reszta trasy poszarpanym wybrzeżem równie wspaniała dla oka. Oczywiście były też promy drogowe. Po drodze trafił się ciekawy sklepik z bardzo klimatyczną kawiarenką, gdzie wypiliśmy kawę i zjedliśmy po doskonałym ciastku, potem jeszcze jednym i jeszcze jednym. Minęliśmy też oficjalną bramę z oznaczeniem, że oto wjeżdżamy do Norwegii Północnej. Czyli koło podbiegunowe pokonane. Nocleg na przedmieściach w Trondheim. Hotelik Sandmoen Bed & Breakfast. Słaby, ale za to drogi, czyli standard. Nie opowiadam o tym całym pięknie mijanego w trasie krajobrazu bo nie chcę się powtarzać. Mam nadzieję, że zdjęcia są lepsze od opisu. Chociaż najlepiej to tu być. Pogoda przedziwna od pierwszego dnia. Upalne słońce i śnieg na zboczach na dotknięcie ręki. Trafiliśmy na wyjątkowo  gorące lato. To już Trondheim a walizka ze swetrami wciąż nietknięta. Do miasta nie zajeżdżamy. Wbrew pozorom nie mamy na wszystko czasu a nie chcemy latać z językiem na brodzie. Pochodzimy z małego miasteczka i w  takich klimatach czujemy się najlepiej. Wolimy chyba puste przestrzenie niż miejski zgiełk. Po to tu przyjechaliśmy. Środek nocy a za oknem jasny dzień. Jedno jest pewne, nie da się tu przespać całego dnia.

Geirangerfiord, powróciły wspomnienia
Wielki prom w takim miejscu wygląda zadziwiająco
Książka po Norwesku, w dodatku do góry nogami
Sezonowa beztroska
Fajny ten kajak
Gdyby nie ten koleś, to byłby niezły widoczek
Atlantic Road
Projektant zapewne trzeźwy nie był
Z twarzy podobny zupełnie do nikogo
Młoda Norweżka szpanuje przy moście
Samochód ukradli?
Poziomnicy to oni chyba nie znają
Tabliczka ze zdjęciem zapowiadająca ciekawą jazdę
Satelita tak to widzi
I co? Nie można się zakochać w tym miejscu?
A dalej jeszcze ciekawiej.
Taki domek to raj dla wędkarza
Istnieje coś takiego, jak "szalony Norweg" ?
Zakątki czające się za przydrożnymi krzakami
Prosty most w Norwegii byłby szokiem.
Są wyłącznie mniej lub bardziej powyginane. Chyba, że tutejsze śledzie smakujące jak zepsute, zakrzywiają mi czasoprzestrzeń.

Dzień 10 - 11.07.2018

E6, Nord-Norge, Mo i Rana

Drogą E6 można nieco podgonić wycieczką

Wskoczyliśmy dziś na E6. Norwegowie nazywają to autostradą. Zwykła droga z ograniczeniem 80 na godzinę. Z rzadka 90, częściej 70. Ale widocznie, jeśli dwa auta mogą się minąć bez zjeżdżanie na pobocze to już jest oficjalna autostrada. Podczas jazdy widzieliśmy budowę torowiska. To niebywałe, jak trudno wybudować tu coś takiego. Już drogi samochodowe stanowią wielkie wyzwanie. Tu są same góry i woda. I to nie byle górki ale granitowe skały, gdzie bez wysadzania nie da się nic zdziałać. I nie zwykłe strumyki, ale ogromne rozlewiska i głębokie jak  morze fiordy. Drogi samochodowe wspinają się w górę serpentynami z ciasnymi zakrętami i ostrymi podjazdami. Ale przecież dla pociągu trzeba to budować zupełnie inaczej. Coś czuję, że tutejsze pociągi bardziej przypominają metro niż kolej naziemną. Doczytałem, że norweska sieć torowa to 4087 km linii kolejowych z czego 2622 km jest  zelektryfikowanych a 242 km – dwutorowych. Na norweskich liniach kolejowych znajduje się uwaga! -6986 tuneli i 2760 mostów. Te liczby roibia wrażenie

- Jazda pociągiem po tym kraju też musi być interesująca.

- Dla śpiącego pasażera to raczej bez znaczenia

- Ja nie śpię

- Wiem, wiem, tylko oczy.

Jak nie spać, skoro słońce smali przez szybą a termometr pokazuje na zewnątrz plus 28 stopni! Czym dalej na północ tym goręcej. Pani od geografii chyba mnie oszukiwała.

- Aniu, okazuje się, że broń Boże nie można wybierać się za koło podbiegunowe bez klimatyzacji.

- I bez olejku do opalania.

- I bez okularów przeciwsłonecznych.

- I bez krótkich spodenek.

- I bez pieniędzy.

- Właściwie wystarczy wziąć same pieniądze

- Ale kto by tyle miał...

Dojechaliśmy do Mo i Rana. Jedna miejscowość z podwójną nazwą. Miasteczko niby z  potencjałem, ma nawet deptak, ale wszystko na wpół wymarłe. Nie ma ludzi. Po drodze mijamy mnóstwo domków ale mam wrażenie, że zamieszkany jest co dziesiąty. Być może reszta jest pod wynajem, ale kto to wszystko wynajmuje? Ogólne wrażenie z Norwegii jest takie, że ludzi tu niewiele. Chyba już o tym wspominałem, ale to dla gościa z jak się okazuje mocno zaludnionej Polski spora nowość. Tu nigdzie nie trzeba stać w kolejce.Mały ruch na drogach, mało spacerowiczów w miasteczkach. Albo jakoś się  słabo rozmnażają, albo siedzą gdzieś po kątach nosa nie wyściubiając za  okno, zaczytani w książkę „101 sposobów na popełnienie samobójstwa”. Być może chodzi jednak o przyrost, bo jak tu się rozmnażać jeśli o 1.00 w nocy, gdy to piszę, za oknem jest jasno jak w dzień. Praktycznie nie ma  tu teraz wcale nocy. Ale i nie zdziwiłbym się gdyby wszyscy siedzieli w tych swoich drewnianych domkach i udawali, że ich nie ma. Raczej mało wylewny z nich naród. Nie balują po barach i nie robią wokół siebie dużo  szumu.

- Krzysztof wiesz, że Norwegów jest tylko ciut więcej niż 5 milionów?

- Widzę, czy raczej właśnie nie widzę. Pustawo tu wszędzie.

- To około 15 osób na kilometrze kwadratowym. W Polsce na kilometr przypada około 123 osoby.

- A nas dwoje, gdzie policzyłaś?

Oczywiście były też promy drogowe. Po drodze trafił się ciekawy sklepik  z bardzo klimatyczną kawiarenką, gdzie wypiliśmy kawę i zjedliśmy po  doskonałym ciastku, potem jeszcze jednym i jeszcze jednym. Minęliśmy też  oficjalną bramę z oznaczeniem, że oto wjeżdżamy do Norwegii Północnej. Czyli koło podbiegunowe pokonane. Comfort Hotel Ole Tobias całkiem ok z  prawdziwą kawą z ekspresu ciśnieniowego. System świateł ciekawy i nie do opisania. Przedziwna kombinacja trzech włączników. W danej konfiguracji  tych włączników zapala się światło w łazience, w innym układzie jest  prąd w gniazdkach itd. Zapewne jest tu jakiś logiczny schemat ale nie  odkryliśmy go. Idąc do łazienki próbujemy metodą prób i błędów różnie  pstrykać te klawisze aż żarówka w łazience się zapali, a że przy okazji  gaśnie telewizor to trudno. Jedyne gniazdko, które mogę wykorzystać do  ładowania lapka czy telefonu jest pod łóżkiem. Żeby włączyć którąś z  ładowarek muszę się pod nie wczołgiwać niczym spłoszony przez męża  kochanek. Trochę to idiotycznie wygląda. Żona Ania miała dziś kryzys. Dotarło do niej, że jeszcze trzy dni jazdy do Nordkapp nie mówiąc o kilkudniowym powrocie do Polski. Tak, to męcząca wyprawa, ale rekompensują to widoki i cudowny mąż. Napisałem cudowny mąż? Trudno już  niech zostanie. Jutro zjeżdżamy z tak zwanej autostrady i jedziemy do Bodo drogą przy zachodnim wybrzeżu.

- Śpij. Co ty tak piszesz codziennie po nocach?

- Dziennik.

- Mnie wykreśl wszędzie. Bo potem przeczytam, że mówiłam coś czego w ogóle nie mówiłam.

- Na przykład co?

- Na przykład napiszesz, że powiedziałam, że jesteś idealny, choć zdanie mam diametralnie inne i nigdy bym tak nie powiedziała.

- Jaki jestem?

- Jesteś idealny.

Droga E6 zwana przez nawigację autostradą
Promy drogowe to norma w Norwegii. Nie przyśpiesza to podróży.
Sezamie otwórz się
Przydrożny sklepik, w czeluściach którego zaginęła żona Ania
Ja w tym czasie mogłem zadbać o swoją nadwagę nad standardową nadwagą
Przyznacie chyba, ze kawiarenka niezwykle w klimacie
Koło podbiegunowe czas przekroczyć
Miały być pingwiny, a tu takie coś...
Na dalekiej północy łatwo natrafić na bałwana
Norwegia w budowie. Jeśli chodzi o drogi, to robi się tu naprawdę bardzo duzo

Dzień 11 - 12.07.2018

Promy drogowe, hotele, Booking, Bodo

Dużo jazdy, dużo promów, dużo czasu, mało kilometrów

Budzi nas dźwięk motocykli. Jest ich tu sporo. Nie dziwię się, te krajobrazowe norweskie drogi to idealne miejsce na motocyklowe eskapady. Tysiące kilometrów piękna bez przerwy. Startujemy leniwie o 11 stej. Trafiamy na pierwszą przeprawę promową. Do tej pory mieliśmy fart bo okrętowaliśmy się praktycznie bez czekania. Tym razem zamykają nam szlaban przed nosem, nie zmieścili nas.

- Za ile czasu jest kolejny prom?

- Blllaaa rrbbbeee

Mniej więcej tak zrozumiałem odpowiedź. Zadupie totalne, mam nadzieję, że nie utkwimy tu do wieczora. Żona Ania stara się mnie pocieszyć

- Ale za to na następny prom jesteśmy pierwsi w kolejce

Czekamy, czyli ja klikam a Ania robi obchód okolicy. Każdy zakątek ma w sobie coś niepowtarzalnego. Dla mnie taki przymusowy postój to dobry czas na uzupełnienie dziennika naszej wycieczki. Mogę się powtarzać z pewnymi tekstami, ale nie chcę tego sprawdzać. Myślę, że taki opis na gorąco bez korekt i ugładzania jest najlepszy. Dlatego sorki jeśli o czymś piszę kilka razy.

- Powtarzanie się w twoim wieku to norma.

Do hotelu dojeżdżamy późno i nie chce się już nic robić poza kąpielą i snem. A tu przed szlabanem mogę na spokojnie powymyślać trochę dialogów, żeby dziennik nie był po norwesku nudny. Wszystko tu jest oparte na naszych prawdziwych wrażeniach z podróży poza dialogami, które trochę na złość małżonce ubarwiam. Tylko fabularyzując mam szansę na to, że zaśpiewa, jak jej zagram. Do hotelu 220 kilometry, godzina 13.00 czyli powinniśmy dojechać spokojnie przed wieczorem? Otóż nie w Norwegii, tu trzeba brać dużą poprawkę i posługiwać się bardziej czasami dojazdu a nie odległościami. Google daje mi tu na przejechanie tych 200 km około 5 godzin! Doliczając godzinkę na jakieś roboty drogowe i postoje na foto, okazuje się, że możemy zjechać po 19 stej. Planujecie hotele ostrożnie, żebyście zdążyli przybyć przed nocą. A dlaczego hotele a nie tańsze przydrożne campingi? Hotel to łazienka, to ręcznik, czysta pościel. To śniadanie, które często starcza do wieczora. Kilometry w aucie wymagają odpoczynku. Poza tym nie chcieliśmy trasy zamieniać na pukanie od campingu do campingu i szukanie miejsc. To zbyt zajmujące i  stresujące. Booking.com jest tu najlepszym rozwiązaniem pod wszystkimi względami prócz cen. Ale bez kasy nawet nie myślcie o Norwegii. Tu wszystko jest nie na naszą kieszeń. Napisałem się aż mi palec zdrętwiał a promu nie widać. Pewno krąży tu jeden, który właśnie nas nie zabrał i musimy czekać aż wróci. W samochodzie rozbrzmiewa chrapanie żony Ani, która ma tylko zamknięte oczy.

- Aniu mów coś, bo muszę w dzienniku dialogi wymyślać

Cisza, nic nie mówi, ma prawo do milczenia bo wszystko co powie może zostać zapisane i użyte przeciwko Niej. Siedzimy na promie który właśnie podpłynął. Chyba dłuższy rejs się szykuje bo wyganiają z samochodów.  Siedzimy na pokładzie restauracyjnym i jemy obiad. Ania zamówiła pizzę. Dostała zamrożoną w opakowaniu i wskazano Jej gdzie stoi mikrofalówka. Bardzo samoobsługowa ta restauracja. Na szczęście mi nie kazali obierać ziemniaków, dostałem gotowy stek z frytkami i zieleniną. Popijam Sprite za 17zł mając nadzieję że się nim nie udławię ze względu na cenę. Prom płynie powoli. Ania po zjedzeniu pizzy zamknęła oczy. Atmosfera na promie luźna. Brakuje mi wciąż dialogów więc podchodzę Żonę Anię na różne sposoby.

- Do wczoraj 28 stopni i słońce a dziś chmury i ledwie 12

Cisza, pogoda to marny temat, spróbuję inaczej

- Chcesz chusteczkę?

- Nie

No i w końcu żeśmy sobie pogadali. Po promie 20 km jazdy i znowu stoimy przed szlabanem. Tak się jeździ zachodnim wybrzeżem Norwegii. Kręte dróżki, promy i tunele. Co ciekawe wcześniej w tunelach czasem coś kapnęło na szybę a tu jezdnie w tunelach są mokre jak po ulewie. Nie wiem czy tutejsze skały się bardziej pocą, czy to kwestia jakiejś kondensacji wilgoci. W każdym razie jezdnia jest tu mokra wyłącznie pod  dachem.

- Szlag by to trafił , znowu nie zmieścimy się na prom

- Nie kracz Krzysztof

- Jak nie krakać, jak widzę że już ścieśniają

- Muszą nas zabrać bo tym razem już bilet nam sprzedali

Nie zabrali nas. Byliśmy ostatnim samochodem i cofnęli nas na samej kładce. Dwa razy w jeden dzień, raz po razie. Jakaś czerwona fala czy co? Zostawili na pustkowiu tylko nas.

- A żeby im się silnik zatarł

- Mężu nie ładnie tak mówić

- Ok to nie mówię, będę tak wyłącznie myślał

Jest godzina 16.00 prom dopiero odpłynął więc trochę to potrwa. Do celu 176 km. Przez trzy godziny pokonaliśmy trochę ponad 40 km i kwitniemy pod szlabanem. Mam nadzieję, że nie będę musiał nowego biletu kupować. Ok udało się, to nasz ostatni dziś prom. Teraz 170 km samej jazdy. Ostatecznie w Bodo wylądowaliśmy około 20.00. Hotel Scandic. Przestronny. Z otwartymi walizkami na podłodze jest jeszcze masę miejsca, co wcale nie jest normą. Z naszego zdobywania Nordkapp mieliśmy wracać przez Finlandię, Estonię itd. Jednak doszliśmy do wniosku, że  jazda kilka dni przez las to nuda. Zataczamy Finlandię, ale wracamy przez Szwecję. Podobno Norwegowie mają kompleks Szwedów, czują się trochę prowincjonalni w stosunku do nich. Sprawdzimy czy faktycznie jest różnica. No i niejedna Ikea będzie po drodze a Żona Ania pracowałaby chyba w tym sklepie za darmo.

- Krzysztof jutro wstajemy wcześnie żeby więcej przejechać

-  Eee...

- Nie stękaj bo jutro sam rejs na Lofoty zejdzie z cztery godziny. Budzę Cię wcześniej

- Próbować zawsze możesz...

28 stopni do późnego wieczora, który trwa do wczesnego rana
Matka Ziemia
Odpływ odkrywa podwodna roślinność
Wieczorem plus 15, rekord zimna
Tak brzydkie, że aż piękne
Jesteśmy w Bodo. Czas na rejs na Lofoty
Pierwszy raz w kurtkach

Dzień 12 - 13.07.2018

Bodo, Lofoty, A, Svolvær

Połowa wodą, połowa drogą

Wstaliśmy o zwykłej porze. Śniadanie o 9.00 potem prom na Lofoty. Z Bodo pływają tam całkiem często. To zwykłe promy drogowe, tyle że większe. Przed nami 3,5 godziny bujania. Obym nie narobił siary rzyganiem. Morze Norweskie nie buja dziś mocno. Ale takie jednostajne przechyły, nawet słabe... No wiecie czym się to może skończyć. Siedzimy na „samolotowych” fotelach, których jest mniej niż pasażerów. Obok ciągła kolejka do baru. Niebo zachmurzone od wczoraj. Z dnia na dzień, z kilometra na kilometr skończyło się lato. Niektórzy chodzą tu w czapkach. 10 stopni, ale nie wieje i nie pada, czyli jest ok. Wszystko w konwencji. Ciekawe, że nas aż tu zaniosło. Mam czas, więc rezerwuję na Bookingu hotel. Miasto Svolvær nazwa hotelu Vestfjord Hotel Lofoten. Po dopłynięciu mamy do niego teoretycznie 2,5 godziny jazdy, czyli nawet stając w ciekawszych miejscach dojedziemy przed nocą, której zresztą tu nie ma. Miejsce, gdzie jest tylko dzień jest ciekawe, ale chyba ciekawiej byłoby, gdyby była tylko noc. Oczywiście nie są to dobre warunki do codziennego życia, można tu przyjechać, zobaczyć i uciekać do domu. Ja piszę a Ania czyta książkę. Taki mamy podział.

- Książka mi się kończy, czas wracać

- Norweską sobie kup, gazety widziałem kupowałaś

- Ale dla zdjęć tylko, nie czytam tylko ilustrację oglądam

- To po cholerę płaciłaś też za litery?

Loda bym zjadł, ale kolejka nie maleje. Przed nami na ścianie wisi monitor z mapą i naniesionym promem. Widać jak się przemieszczamy. Połowa za nami.

- Aniu, kolejka jakby mniejsza, kup nam lody

- Sam sobie kup

- Ale ty bliżej masz

- No wiesz co? Czy ja wyglądam na kelnerkę?

- Uważaj co mówisz, bo ujmę to w dialogu w moim dzienniku

- I tak tam słowa prawdy o mnie nie ma

I co myślicie? Ta rozmowa jest prawdziwa czy wymyśliłem ją z nudów? Przy stoliku obok dwie Norweżki robią na drutach.

- Aniu pytałaś, co na tych bezludziach można całymi dniami robić, to sobie popatrz na te panie

- Ja wolę jednak robić na drutach z nogami w Morzu Śródziemnym

W oddali majaczą Lofoty. Górzysty brzeg okryty mgłą. Podobno ryby tu biorą. Na pokładzie jest sporo wędkarzy ze sprzętem.

- Krzysztof czujesz, jak tu wszędzie śmierdzi surową rybą?

- Tak, wyraźny bukiet dorszowy z lekką nutą bardzo dojrzałej makreli

Z daleka Lofoty wyglądają tak, jak dziesiątki innych miejsc w Norwegii. Chyba nawet nie pójdę na zimny pokład zrobić zdjęcia. Marznąć dla jakiejś fotki? W dupie mam.

- Krzysztof idź na pokład jakieś zdjęcie zrób

- Oczywiście kochanie

Dopłynęliśmy po 14-stej. Nie rzygałem. Ruszyliśmy w stronę „A”. To żadna przenośnia w stylu przejechać Lofoty od A do Z. Zwyczajnie tak się nazywa najbliższa miejscowość. Nazwa miasteczka to tylko jedna litera „A”. Co ciekawe „A” jest ostatnią literą w norweskim alfabecie. Miasteczko typowo nudne jak inne na północy Norwegii, ale jego nazwa, przyznacie sami, czad. Nudne w sensie braku energii dokoła. Bo do zwiedzenia ciekawe. Ze specyficznym charakterem zabudowy na tle skał. Ania wierci się w samochodzie wyjątkowo nie śpiąc.

- Pić się chce. Widziałeś gdzieś wodę?

- Tak za burtą po horyzont

- Eh, ja poważnie pytam

- W kolanie sprawdzałaś?

Na Lofotach popularne jest, czy też było suszenie dorsza. Wszędzie stoi dużo drewnianych stojaków do suszenia. Zachowało się tu też wiele starych rybackich chat na palach. Wszystko na tle poszarpanego wybrzeża i  stromych gór z drugiej strony. Domki oczywiście malowane na czerwono. Wzięło się to z malowania z domieszką rybiej krwi. Dziś to już zwykle farby, ale tradycyjna barwa została. Po miejscowości „A” natknęliśmy się na jeszcze jedno miasteczko z ciekawą nazwą, bo „Bo”. Co jakiś czas wychodzimy na spacerek i zdjęcia. Od stojaków, na których pozostały rybie łby śmierdzi jak... No, jak od suszonych ryb.

- Zimno

- Aniu jesteśmy za kołem podbiegunowym

- To zobacz na tego gościa w wodzie

Faktycznie koleś się kąpie na użytek zdjęcia. A gdzie to robi? Nie do wiary, przy pięknej piaszczystej plaży. Nie dość, że piękna plaża to jeszcze turkusowa woda.

- Kilka palm wetknąć w piasek, podkręcić kaloryfery i Karaiby!

Zachwyceni jesteśmy tą plażą na dalekiej północy. Tylko te 12 stopni ciepła nie nastrajają do opalania. Zgłodnieliśmy nieco, szukamy po drodze jakiejś restauracji. Infrastruktura turystyczna skupia się tu na masie domków do wynajęcia. Rozrywki i miejsca, gdzie można coś zjeść i wypić są bardzo rzadkie.

- Stój, tu jest jakiś widelec na znaku

- Jakiś camping

- Ale z widelcem. Ciekawe czy Norwegowie znali widelec przed Polakami.

Wokół małe domki i stanowiska camperów. Wchodzimy do największego budynku. Jakaś stołówka, przy stołach siedzą ludzie i jedzą. Obok coś,  jak szwedzki stół, kociołki z żarciem. Otwieramy pokrywki do wszystkich pojemników i zaglądamy. Kurczak, pieczeń w sosie, pieczarki. Jakaś samoobsługa, pewno pakuje się coś na talerz i potem płaci. Już chciałem spróbować łyżkę sosu...

- Krzysztof nie ruszaj

- Spróbuję tylko...

- Ale ci ludzie patrzą na nas dziwnie. Dlaczego tu nie ma nigdzie cen ani żadnego sprzedawcy?

Odłożyłem łyżkę. To chyba jakaś stołówka dla mieszkańców campingu, którzy wykupili noclegi z wyżywieniem. A tu przychodzi z ulicy dwoje ludzi i otwiera wszystkie gary. Powoli z dziwacznymi uśmieszkami na twarzy opuściliśmy lokal. A już miałem spróbować sosu pieczarkowego. Jedziemy dalej głodni. Krajobrazy niesamowite, mokradła, strome monumentalne góry, ogromne rozlewiska, małe osady poprzyklejane do skałek. Wszędzie stojaki do suszenia dorsza, na wodzie kręgi hodowli  łososi. Całość zasnuta niskimi chmurami, przez które gdzieniegdzie przebija słońce nadając kontrastu oświetlonym terenom. Skoro cała Norwegia to cud natury, to co powiedzieć o Lofotach?

- Aniu chciałabyś tu mieszkać?

- Tak pod tym stojakiem ze śmierdzącą rybą

Hotel nad przystanią. Widok z okna, jak zwykle, jak namalowany obraz. Coś zjeść. Obok jest spory barak z napisem sugerującym restaurację. Wchodzimy a tu szok. Wypasiony widok w środku ni jak nie pasuje do zewnętrznej deskowanej elewacji. Zanim zdążyliśmy mrugnąć, kelner bon ton - pier don  prowadzi nas do wykwintnego stolika. Ruchy ma nadzwyczaj ekskluzywne. Kartę podaje tak, że boję się, żeby nią w łeb nie dostać. Zapala świece i pyta co na początek przynieść do napełnienia stojących na stole kielichów.

- Wodę

Skłonił się jakbyśmy zamówili cysternę szampana. Przyniósł wodę i zamaszyście nalewa nam do każdego osobno podchodząc z innej strony. Lata wokół nas, że nie wiem, gdzie go szukać. Aż mnie kark boli. Zamawiamy zupę i rybę. Już podczas zupy dwa razy podchodzi pytać czy aby smakuje. Udławić się można, bo pojawia się niespodziewanie. Ryba taka sobie. Jakaś pół suszona, pół smażona. Mamy wrażenie, jakby  pochodziła z tych śmierdzących stojaków do suszenia. A może tak było w istocie. Zostawiamy po sporym kawałku ryby maskując ją ziemniakami. W Norwegii to był nasz pierwszy normalny obiad w dobrej restauracji. Po spojrzeniu na rachunek, wiedzieliśmy, że i ostatni. Norwegia to nie jest kraj na polską kieszeń… już mówiłem? Uchodzę wśród znajomych za rozrzutnego. Więc jeśli już nawet ja mówię, że jest drogo to jest. O 20.00 już w łóżku. Kryzysowy dzień, jeśli chodzi o zmęczenie. Żona Ania też chyba zmęczona, bo zadaje mi dziwne pytania.

- Mężu, pamiętasz tą motorówkę Wiktora z początku naszej wyprawy?

- No tak

- Ja bym ją nazwała Gisselle

- Czemu tak?

- Bo ona mi się kojarzy z dawną pięknością, widać w niej taką  szlachetność, której nie zdoła zniszczyć czas. Taka subtelność po  przejściach. Taka Gisselle

- Ja bym jej dał Jennifer

- Dlaczego tak?

- Bo w Norwegii podobno dużo Jenniferów żyje

Nie jesteśmy jeszcze najdalej na północ, ale już tu, gdzie jesteśmy słońce o godzinie 00.52 zachodzi o wschodzi o 1.00. Jasno jest bez przerwy już od kilku dni. Dzisiejsza noc trwa 8 minut i weź się człowieku wyśpij w tym czasie.

- Noc, a za oknem normalny dzień. Ty nadajesz imiona motorówkom. Środek lipca a my grzejemy pokój piecykiem elektrycznym. Zwariować można...

Jak się powiedziało A to znaczy, że jesteśmy na Lofotach
Domki przyklejone do skał i podparte palami
Ania zrobiła mi zdjęcie przy kukle podobno uderzająco do mnie podobnej. Czy ja wiem...
"A" w Norwegii oznacza strumyk, rzeczkę lub potok
Myślałem, że to pale trzeszczą pode mną, okazało się, że to kręgosłup
W tej wsi do dziś zajmują się połowem i suszeniem dorsza
Zostały tylko łby. Wiszą i śmierdzą
I ja też już śmierdzę
Powiem banalnie. Lofoty są piękne.
Jak widzicie kurtek nie zdejmujemy.
Wygląda to świetnie, ale jak tu żyć?
Żegnamy A i okoliczne wsie rybackie. Surowo tu i groźnie. Muszą tu żyć twardzi ludzie.
Droga cudna. Próbuję nie mrugać, żeby nic nie uronić
To nie pomyłka. To plaże Lofotów
Czasami nad Bałtykiem jest podobna pogoda
Uwierzcie mi, że jakiś koleś się kąpał
Co ciekawe, zero parawanów
Głowę dam, że zazdrościcie nam tego spaceru
Jedziemy dalej. Wizyta na Nordkapp wydaje się coraz realniejsza
Dzięki zdjęciom wiele miejsc zabieram do domu
Niskie chmury, w które często wjeżdżamy gdy droga wiedzie wyższymi partiami gór.
Widok piękny, ale tym razem na zdjęciu chodzi o mój sweterek
A tu śpimy. Jest pochmurnie, dlatego tak ciemnawo o... pierwszej w nocy. Mam nadzieję, że zwróciliście uwagę na gustowny sweterek. To ten sam co na poprzednim zdjęciu, ale jednak w innym ujęciu.

Dzień 13 - 14.07.2018

Kilometry, grzybiarze, emigranci, Olderdalsveien

Sporo jazdy. Nie wiem dlaczego dzisiejszą trasę Google podzieliło na dwa kolory.

Lubię hotelowe śniadania, bo mogę popatrzeć na ludzi. Wszędzie są bardzo podobni.

- Podobają Ci się Norweżki? Ładne są?

- Wiesz Aniu, nie ma podobno brzydkich kobiet. Ale Norweżki umieściłbym w dolnym przedziale piękna.

Świetne poranne powietrze. Chłodne, ale nie zimne, rześkie. Niektórzy Norwegowie w kurtkach, niektórzy w krótkich spodenkach. 12 stopni.  Zamówiłem hotel Håkon Gjestehus w Olderdalsveien.

- Krzysztof, ile będziemy jechali?

- Google twierdzi, że około 6,5 godziny

- O matko... znowu. I już dojedziemy do Nordkapp?

- Jeszcze nie

- O matko..

- Jednak wolę, jak mi mówisz Krzysztof

Ruszamy przed 11-stą. Z przystankami powinniśmy dotrzeć do hotelu przed 20.00. Powoli zostawiamy za plecami cudowne Lofoty. Stwórca miał niezły odjazd, gdy je tworzył. Łatwo się zapatrzeć na to piękno, co prowadząc auto nie jest bezpiecznie. Można się z tymże Stwórcą szybko spotkać. Czyżby taki był Jego zamysł? Nie chcę już nudzić opisami mijanych krajobrazów. Wszystkich znanych słów zachwytu użyłem już po kilka razy. Najcudowniejsze jest to, że otaczająca nas przyroda wciąż się zmienia i za każdym zakrętem jest następna akwarela. Nie ma chwili przerwy. Zawsze jest coś, co jest w stanie zachwycić.

- Wiesz Krzysztof, my chyba robimy sobie krzywdę tą wycieczką, bo czym to później przebić

- Fakt. Jeśli tu za każdym rogiem jest przełom Dunajca z trzema Maczugami Herkulesa, dwoma Wielkimi Siklawami i Morskim okiem pośrodku, a jeszcze to na tle Rysów i Bałtyku. I wszystko na raz i co chwilę. To  potem jakoś blado będzie u nas czy gdziekolwiek.

Jadąc od początku widzimy na poboczach, w zatoczkach, czy prawie w krzakach mnóstwo samochodów. Są to i zwykle osobówki i kampery. Ale puste.

- Grzybiarze, czy co?

Otóż odkryliśmy, że z drogi widać tylko część piękna krajobrazowego tego kraju. Ciekawsze kąski kryją się za skałką, za drzewami, za krzakiem. Stoi auto na poboczu a parka pląsa sobie po kolana w urokliwym wodospadzie albo wspina na jakąś górkę, bo tylko z niej widać jakiś  nadzwyczajny widoczek. Albo wędkują w sobie tylko znanych zaroślach. Myją w bystrym strumieniu ukrytym za gąszczami. Często też idą z namiotem na jakąś górę i tam w nim śpią, to tu dość popularne. Z kamperami jest podobnie, ale tu dochodzą jeszcze zwykle postoje. Nie wszyscy stają na spanie na specjalnych polach. Wielu zatrzymuje się,  gdzie popadnie. Co ciekawe, Norwegowie uwielbiają rozkładane krzesełka. Często widzę jak siadają na nim przy aucie nad jakąś przepaścią i...  siedzą.

- Aniu, dawno się nie wspinaliśmy, może się wdrapiemy gdzieś dzisiaj?

- Ja się codziennie wdrapuję.. do łóżka

Fakt. Łóżka we wszystkich hotelach nienaturalnie wysokie. Nienaturalnie dla nas, bo tu to chyba norma. Spaść z takiego to się zabić można. To taki norweski codzienny trening wspinania. Jazda idzie nam gładko. Tempomat z radarem to wspaniały wynalazek. Jazda z nim wymaga tyle uwagi, że postanowiłem policzyć lampy w tunelu. Stwierdziłem, że to dość istotna informacja statystyczna. Jadę i liczę

- ...5, 6, 7...... 42, 43, 44... ta  ostatnia lampa jakaś inna...

- Krzysztof uważaj !!!

No  tak, to nie była lampa tylko motocykl. Nic się nie stało, ale zarzuciłem liczenie i ludzkość nie dowie się, ile lamp przypada na kilometr tunelu. Tempomat nie jest dla tępych kierowców, trzeba uważać. Po drodze kawka i ciasteczka pod stacją paliw. Zmarzłem, jak pies w swetrze i kurtce. Sikam sobie za budynkiem pompy i nagle spostrzegam kamerę. Żona Ania była normalnie w toalecie w środku a mnie cholera pociągnęło w  krzaki. Mam nadzieję, że nie zostanę teraz gwiazdą YouTube ze skurczowym z zimna siurkiem. Na pewno nie jeden facet tu lał. Obsługujący kamerę muszą mieć niezły ubaw. O 19 jesteśmy w mini hotelu. Gdzie recepcja i bar to to samo okienko. Obsługa to dwóch sprytnych młodych chłopaków. Karnacja i rysy sugerują, że to jacyś emigranci z Bliskiego wschodu. Bardzo miła i sprawna obsługa. Po pół godzinie jesteśmy nie tylko rozlokowani w pokoju, ale i najedzeni po uszy. Te chłopaki na tle mało rozmownych i zamkniętych w sobie Norwegów wyróżniają się werwą i  uśmiechem. Dziś wyraźniej dotarło do mnie, że z mentalnością Norwegów nam Polakom nie bardzo po drodze. Prędzej skumamy się z Irańczykiem czy Syryjczykiem, bo są temperamentnie nam bliżsi. No chyba, że jesteśmy "tymi" Polakami, którzy nie są w stanie skumać się z nikim. Słyszałem o zalewie emigrantami Norwegii i jakimś niebezpieczeństwie na ulicach. Dementuję, nic takiego nie widziałem przez całą drogę. Poczucie bezpieczeństwa jest tu ogromne. W Norwegii wychodząc z auta nie wyciąga się kluczyków ze stacyjki. Nocą można łazić w pojedynkę gdzie się chce. Myślę, że dużo gorzej z bezpieczeństwem jest w Polsce, gdzie uchodźców są śladowe ilości. Piszę co widzę, a jestem tu już dwa tygodnie. Co do emigrantów, owszem są a najwięcej… Polaków. Znalazłem zestawienie najliczniejszych nacji. Skład etniczny ludności Norwegii:

Norwegowie – 87,3% (4329 tys.)
Polacy – 1,83% (95,7 tys.)
Urdu (Pakistańczycy) – 1,1% (57 tys.)
Lapończycy – 0,8% (41,4 tys.)
Szwedzi – 0,7% (35 tys.)
Arabowie z Iraku – 0,6% (28 tys.)
Somalijczycy – 0,6% (28 tys.)
Niemcy – 0,5% (25 tys.)
Pozostali – 7%

Rezerwacja hotelu na jutro i spanie. Co ciekawe wczoraj musieliśmy  dogrzewać pokój grzejnikiem elektrycznym a dziś śpimy przy włączonym  wentylatorze. Przez żaluzje w oknie wlewa się światło dnia w środku  nocy. Tu już słońce nie zachodzi nawet na minutę.

eeeh, żeby tu było cieplej
Piaskowe wydmy to na Lofotach nie rzadki widolk
Taka sytuacja
Krzysztof streszczaj się z tym zdjęciem bo w tyłek ciągnie
Domostwa są wszędzie ale ludzi nie widać
Trzebiatowa cholera nie ma
Bardzo popularne przydrożne sklepiki w namiotach. Żona Ania szuka rogów dla mnie
Z taką drogą nie ma mowy o nudzie za kierownicą
Gdzie nie odwrócę głowy jadąc, tam coś pięknego
Nie wieżę, żeby w tych chatkach ktoś siedział. Ale jeśli nie teraz w środku lipca to kiedy?
A to jeden z kościółków. Przy każdym jest miejscowy cmentarz
Trzeba rozprostować kości
Taka myśl - A jak miałbym stąd wrócić pieszo do Polski?
Podobno tutejsze syreny wciągają zbłąkanych kierowców w odmęty
Wrócimy do domu a to wszystko tu zostanie...
Zabiorę choć jeden kamyczek
Góry na tle gór
Chatka ogrodnika, tylko ogrodu nie widać
Sporo czasu spędzamy poza autem. Bo jak tu nie przykucnąć na kamieniu w takich miejscach.
Mimo, że Ania obok, to czuje się tu jakąś taka przytłaczającą samotność, czy może bardziej izolację. Ciężko to przekazać, trzeba poczuć na własnej skórze
Hotel, środek nocy

Dzień 14 - 15.07.2018

Alta, renifery, Hammerfest, Skaidi

Prawdziwe pustkowia, wyjątkowa przyjemność z jazdy

Super śniadanie, tym razem obsługuje pani z dalekiego wschodu, może Tajwanka. Taka mamuśkowata kobitka, co to głodnego nie wypuści. Międzynarodowe towarzystwo w tej Norwegii, ale w cywilizowanych krajach to norma. Nie zamykają się na inne kultury i jak widać jakoś się to wszystko integruje i nikomu nie przeszkadza. W dodatku zaowocowało smacznym śniadaniem. Za nami przy stoliku sapiąca para. Co ugryzą to sapnięcie, co łyk to stęknięcie. Masakra. Oni wagon węgla rozładowują czy jedzą? Sapią niemiłosiernie, chrząkają i pociągają nosami. I to  oboje, cóż za dobrane małżeństwo. Jemy sobie omlet, ale wiecie. jak to jest, z czasem skupiasz się wyłącznie na tym ich sapaniu, a oni coraz bardziej się rozkręcają.

- Pośpieszmy się dziś ze śniadaniem

- Masz rację, kawę już w pokoju dopijemy

Nie wiem co to za jedni byli, namęczyli się strasznie przy śniadaniu, ale że tacy dobrani i oboje sapiący, to już ciekawostka.

- Dziś będziemy na Nordkapp?

- Nie Aniu, ale jutro już tak i potem do domku

- A ile do domu będziemy jechali?

- Przez Szwecję myślę, że w trzy dni się uporamy

- A zajedziemy do...

- ... pod warunkiem, że nie zajedziemy do Ikei

Cholernego renifera chcieliśmy zobaczyć i nic. Dziś i jutro ostatnia szansa, bo potem już ostro na południe. Pamiętam słowa Wiktora:

- Renifery to co chwilę będziecie widzieli. Po pewnym czasie już uwagi nie będziecie zwracali. To wam mogę zagwarantować

No Wiktor jeszcze dwa dni i składam reklamację, albo będą reny albo sam się przebierasz za jednego. Jedziemy. Nowy hotel to Skaidi Hotel w Skaidi. Wysiadamy w mieście Alta. Są tu naskalne malunki, ale nie chce nam się do nich iść.

- Dziś też wypisują po toaletach brzydkie słowa i to takie ciekawe?

- Za kilkaset lat biletowe wycieczki będą zwiedzać toalety

- W takim razie spuszczę wodę

Obłazimy miasteczko, senne jak wszystkie inne. Potencjał jest we wszystkich, bo są deptaki i kawiarnie, ale... ludzi nie ma. Kto na zimnie będzie siedział w restauracyjnym ogródku. Krzesła poskładane w stosy, a te rozstawione opustoszałe. To wygląda, jak późny koniec sezonu a jest chyba pełnia. Jak to wszystko prosperuje to pojęcia nie mam. Dla kogo te wszystkie restauracyjki na zewnątrz? Jedziemy dalej, za Altą widzimy pierwsze renifery.

- Wiktor miał rację.

- On mówił, że za Altą będą, tylko zapomniałeś. O wielu rzeczach zapominasz...

- Nie uruchamiaj się, bo Ciebie zapomnę zabrać do Polski

Mijamy nasz nocleg i jedziemy do Hammerfest. Mam informację, że to najdalej wysunięte miasto na świecie. Oczywiście są osady czy siedliska jeszcze bliżej bieguna, ale Hammerfest to najdalej na północ usytuowane pełnoprawne miasto. Na całym świecie! Mieszka tu na stałe 10 tysięcy ludzi. Co ich tu przygnało i co tu robią? Jedziemy sprawdzić. Po drodze i na drodze natykamy się na kolejne stadka reniferów. Czasem są tak blisko, że można by ich dotknąć z okna samochodu. Wspaniały widok i nie wiem, dlaczego jakiś taki rozczulający. Żona Ania nie może się  napatrzeć, co jakiś czas wychodzi z auta, żeby zrobić zdjęcie.

-  Zobacz Krzysztof. Te samce są przepiękne, postawne i z taką ładną sierścią. A samice, kobyły czy klempy... czy, jak im tam. To takie wyleniałe, brzydkie.

- No to tak, jak u ludzi.

Hammerfest to całkiem zgrabne miasteczko, i gdyby mnie tu ktoś przywiózł z zawiązanymi oczami, to nigdy bym nie zgadł, że to najbardziej pólnocne miasto świata. Dziś świeci słońce i jest 15 stopni. Wszystko wygląda zwyczajnie. Ktoś spaceruje, ktoś pracuje. Koleś rozwozi pizzę, inny idzie z psem. Żaden pies polarny, zwykły kundel. Jakieś dwie dziewczyny chichrają pod sklepem, przejeżdżają samochody. Życie toczy się banalnie,  jak i w moim mieście jesienią, czy wczesną wiosną. Pewno zimą bez słońca i w śniegu wygląda to zgoła inaczej.

- Aniu popatrz na tych tam. Krótkie gacie, koszulki.

- Może dla nich 15 stopni to upał

- Albo napici

- Chyba tranu

Po ulicy idą dwie kobiety ubrane, jak muzułmanki, więc pewno muzułmanki. Jak źle musiało im być we własnym kraju, żeby dotrzeć na ten zazwyczaj ciemny i zimny koniec świata. Przecież tu zimą ani słońca, ani normalności żadnej. W życiu bym tu nie zamieszkał.

- Ty Aniu zamieszkałabyś tu?

- Nie Krzysztof, to też nie jest to miejsce

Trzeba być ostro zdesperowanym albo mieć nierówno pod sufitem, żeby spędzać tu życie. A jest takich szaleńców 10 tysięcy, zadziwiające. Jemy pizzę w pizzerii też prowadzonej nie przez Norwegów i wracamy wśród reniferów do miasteczka z noclegiem. Nawigacja prowadzi nas jakąś ścieżynką w górę pod jakąś szopę. Był to moment, gdy zajrzało nam w oczy spanie w samochodzie.

- Ta szopa to ma być hotel?

- Może reszta jest pod ziemią

- Ja za młody jeszcze jestem pod ziemię

Pokrążyliśmy po okolicy i znaleźliśmy naszą noclegownię. O 20 stej jesteśmy już w pościeli. Jutro Nordkapp. Podobno powinno się tam być o północy, żeby zrobić o tej godzinie zdjęcie widocznemu słońcu. Ale do tego potrzebna bezchmurna pogoda, na którą nie będziemy tu tydzień czekali. Nie jedziemy tam dla idealnego zdjęcia. My chcieliśmy tu dojechać i być. Odczuć na własnej skórze klimat Norwegii i tyle. Jesteśmy już nieco zmęczeni a czeka nas jeszcze 3 dni powrotne przez Szwecję nudną autostradą.

- Aniu. Postanowiłem się dziś nie myć

- Znowu?

- Jak znowu? To pierwszy raz

- Zęby chociaż umyj i nogi

- Ale mamy przecież osobne łóżka

- A ty wiesz, jak to się niesie?...

Surowa pustka nie do opisania
Samochód na tle fototapety?
Takie nic, a wzroku oderwać nie mogę. Zdjęcia w niewielkim stopniu oddają to co widzę dokoła
Częste hodowle łososi
Szkoda, że człowiek ma oczy tylko z jednej strony
...se wlazłem
przestrzeń i pustka, mógłbym tak jechać w nieskończoność
Zdjęcie dla wszystkich, którzy chcieli zobaczyć mojego ptaszka
Z daleka nie widzę, czy to klępa?
Pojęcia nie mam dlaczego, ale bardzo nas wzrusza towarzystwo reniferów
Teraz coś dla ludzi o mocnych nerwach. Otóż w Norwegii i Szwecji mięso reniferów jest jednym z podstawowych produktów mięsnych.
Jak można coś takiego zjeść...przecież rogi mogą stanąć w gardle
Miasto geograficznie najdalej na północ na świecie. 10 tys ludzi, setki reniferów i jeden łoś.
Może to reny mieszkają w tych opustoszałych hyttach
Mama z dzieckiem, a ojciec?... Pewno śpi pijany w chałupie
Piesi mają w Norwegii zdecydowanie pierwszeństwo
Więcej widać tu reniferów niż ludzi
Jedziemy dalej. Nasza podróż zmierza do finału. Jeszcze jestem w Norwegi a chyba już za Nią tęsknię

Dzień 15 - 16.07.2018

Noddkapp

Finał na Nordkapp

Ostatni dzień zaczął się, jak poprzednie. Pogoda umiarkowana, trochę słońca nieco chmurek. Ale czym bliżej Nordkapp tym ciekawiej. Na początek słoneczko i dziesiątki, jeśli nie setki reniferów. Są ich tu całe stada. Niesamowite przestrzenie bez drzew i przecinająca je tasiemka drogi. Jazda przez te pustkowia ma w sobie coś hipnotycznego i magicznego. Ten bezkres i my jadący na koniec wszystkiego. Nie da się  opisać tego uczucia wolności, jakie czuję tu za kierownicą. Od czasu do czasu tunele, mroczne jak jaskinia. Wąskie, wilgotne i niedoświetlone. O dziwo jeżdżą nimi też rowerzyści i to wielokrotnie bez żadnych świateł. Wyobraźcie sobie tą surową czeluść skalną. Masakra. Jest w nich tak wąsko, że samochody mijają się na styk. Ze sklepienia kapie woda, ciemno i straszno, przed Tobą 7 kilometrów i w tym wszystkim a Ty bez świateł na rowerku.

- Aniu zdobycie Nordkapp na rowerze to jest coś.

- Zwłaszcza, że wieje coraz mocniej. W tej mgle zapewne połowa jest rozjeżdżana i zjadana przez miejscowe trole.

Jadą też autokary i kampery i motocykle i osobówki. Co ciekawe na tym ogromnym terenie wokół nas, gdzie tylko mech, porosty i renifery są też ludzie. Małe osady bądź pojedyncze drewniane domki w szczerym polu. Nie wyobrażam sobie by ktoś mógł tu mieszkać na stałe, ale wiele domów wygląda jak zamieszkane całorocznie.

- Ci Norwegowie to jednak wariaci.

- A mówiłaś, że nudziarze

- Takie combo. Zwariowani nudziarze

- A powiedz Aniu, krajobraz dokoła nie kojarzy Ci się z seksem?

- Eeeh faceci, a jakim cudem?

- Bo tak jedziemy a teren unosi się i opada

Gdy jedziemy dołem, jesteśmy pod chmurą i widzimy zapierające w piersi widoki. Natomiast jadąc wyżej, jesteśmy w chmurze i nie widzimy kompletnie nic. I w dół i w górę. Stajemy na zdjęcie. Wiatr przeraźliwy i wszechobecna mgła. Jedziemy 40 na godzinę, bo łatwo potrącić pojedynczych rowerzystów, którzy w takich warunkach wspinają się z mozołem. Na miejscu budka kasjera. Rząd Norweski wynajął ten teren prywatnej firmie, która kasuje za wjazd na nasze ponad 200 zł. Ale kto już tu dotarł nie zawróci. Parking. Wiatr chce wyrwać drzwi auta i mój łeb. Ubieramy się w co mamy pod ręką, zakapturzeni przechodzimy przez kompleks handlowy i jesteśmy pod globusem. W dole pod skałami widać od czasu do czasu fale. Ale jesteśmy w środku chmury i właściwie tylko ją widać. Zdjęcie z globusem wygląda jak robione na tle białej ściany, a to mgła właśnie. Jesteśmy cholernie zadowoleni, że tu dotarliśmy. A że wieje i leje?... właśnie tak sobie wyobrażałem to miejsce i w takich warunkach smakuje najlepiej. Dotarliśmy i to nie w trzy dni autostradą, ale w dwa tygodnie zachodnim wybrzeżem. Zaglądnęliśmy po drodze w różne ciekawe miejsca. Nie można nie kochać Norwegii. To wspaniałe miejsce do obcowania z naturą. Nie będę nic podsumowywał, bo nic się nie kończy, pewno tu jeszcze wrócę. Wrażenia, którymi się tu podzieliłem są subiektywne i każdy może przeżyć wszystko inaczej. Warto poczuć ten kraj na własnej skórze. Polecam metodę objazdową. Teraz wracamy do kraju autostradą przez Finlandię i Szwecję. Uporamy się w trzy dni, ale to tylko jazda. Tu chodziło o Norwegię, dlatego nie będę opisywał szwedzkiej autostrady. Stawiam kropkę w tym właśnie miejscu.

- Aniu, a może tu mogłabyś zamieszkać?

- Krzysztof… Jedźmy do domu…

Pusto wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie? Co to będzie?..
Wąsko, ale raczej zmieszczę się się sam ze sobą
Renifer albinos. Pewno emigrant.
Rogacz, ale wychowuje jak swoje
Położyłem swój kamyk na kamyku na znak, że tu byłem
Robi się ciekawie...
Mam nadzieję, że kontynent nie urwie się nagle nad przepaścią
Poważnie?...
Cel podróży. Ta łezka to na pewno od wiatru..
Do najdalszej północnej krawędzi kontynentu kilkadziesiąt metrów
W kompleksie handlowym grupa miejscowych troli
Aniu to Ty?
Podobna zupełnie do nikogo
Dwie ręce, dwie nogi i wielki globus. Tak to Ty.
No co, co?... Co w tym złego, że lubię pokazywać ptaszka?
Piękna chwila. Nie wiem czy tu jeszcze kiedyś będziemy. Na świecie jest tyle miejsc...
Finlandia, Szwecja i znowu 30 stopni ciekła. Do domu...
Aniu chciałabyś tu mieszkać? Tak, zdecydowanie ;)

Koniec.

Z CYKLU PODRÓŻE - Norwegia po Nordkapp w 15 dni po mojemu
Udostępnij