Z CYKLU PODRÓŻE - Kolej Transsyberyjka. Czyli do Władywostoku po mojemu

Wyprawa z Tomkiem Kolejną przez całą Rosję aż po Władywostok. Z przystankami w syberyjskich miastach. Przygoda jedyna w swoim rodzaju.

Dzień 1 - 30.08.2016

Wyjazd z Trzebiatowa

Ruszamy. Łezka w oku, skąd się wzięła... Do Warszawy jak burżuje sypialnym. Klitka mała dwuosobowa i nieco klaustrofobiczna ale w porównaniu do tego co nas czeka w trzeciej klasie w Rosji to luksus. Ściemniło się szybko i wdrapałem się już na górne łóżko, które przegrałem z Tomkiem w karty. Siedzę na łóżku z nogami dyndającymi obok Tomka twarzy i piszę pierwszą relację z podróży. Z telefonu sączy się Pink Floyd i myślę, że jest całkiem Ok. A Tomek... Tomek żre. Dostaliśmy gratis po całym naparstku kawy i dwie wody w butelkach (nie wiem jeszcze czy do picia czy do mycia). Tomek twierdzi, że dla Niego jazda pociągiem to nie nowina, ale ja jechałem nim ostatnio z dwadzieścia lat temu i czuję mały dreszczyk emocji. Pewno do Władywostoku mi przejdzie. Zagajam rozmowę:

- ciekawe, czego zapomnieliśmy zabrać z domu

- musimy zamknąć przedział na zasuwkę bo wpuszczają gaz, usypiają a potem gwałcą i rabują

- sam nie wiem co gorsze

To chyba zależy od miejsca. We Władywostoku czyli na drugim końcu świata wolałbym chyba być zgwałcony niż obudzić się w samych skarpetkach. Dojechaliśmy do Szczecina, na peronie ludzie. Patrzą na nas, jak ja patrzę czasem z auta na przejeździe kolejowym. Myślę wtedy gdzie Ci ludzie jadą, jakie mają sprawy do załatwienia i jak wygląda ich codzienne życie. Dziś jakaś Pani na peronie może też myślała w ten sposób o mnie. Wszystko zależy od punktu patrzenia. Wniosek z tych nocnych rozważań? Ano raz patrzymy na pociąg a raz nim jedziemy, nic nie jest dane człowiekowi raz na zawsze.

Dworzec kolejowy w Trzebiatowie i tłumy żegnających
Właśnie przegrywam dolne łóżko

Dzień 2 - 31.08.2016

Warszawa

Dojechaliśmy do Warszawy przed piątą rano. Nie spałem nic. Co mi się oko zamknęło to łubudubu! Wali się coś? Nie, to tylko pociąg jedzie. Mam nadzieję, że jak będę porządnie zmęczony to jakoś zasnę w tym hałasie. Odzwyczaiłem się od pociągów. Plan na Warszawę udało się zrealizować: Centrum Kopernik, Muzeum Powstania Warszawskiego, Stadion Narodowy, Krakowskie Przedmieście i stare miasto. I na tyle starczyło czasu i chęci. Jesteśmy ostro styrani po nieprzespanej nocy i lataniu po stolicy, gdzie nowe przeplata się ze starym.

Udało  nam się kupić w Warszawie Ruble w dobrej cenie, wymieniliśmy od razu  orientacyjnie tyle żeby starczyło nam do końca wycieczki. Ceny są tu  praktycznie takie, jak u nas, więc sądzę, że przez 19 dni nie powinniśmy  wydać więcej niż 2200,00 złotych, czyli jakieś 37 000,00 rubli. Jest to  ponad 100zł na każdy dzień podróży a należy pamiętać, że wiele dni  spędzimy nie wychodząc z pociągu i w te dni nie wydamy prawie nic. Zatem  w Moskwie i na przystankach hotelowych możemy poszaleć.

W Warszawie posililiśmy się dobrym obiadkiem po którym Tomek zamieszkał w toalecie. Dochodzą z niej takie odgłosy, że aż się nie chce wierzyć, że człowiek jest w stanie je wytworzyć czymkolwiek. Żeby się tylko czujki przeciwpożarowe w łazience nie włączyły. Zastanawiam się do czego dojdzie jak przejdziemy na rosyjską dietę? A co będzie po kwasie chlebowym? Czy coś ze mną nie tak, że każdy temat kończy mi się w WC? Śmieję się z Tomka ale prawdopodobnie pójdę zaraz w jego ślady, i tak to cały dzień wrażeń zamienił nam się w g....

Centrum Nauki Kopernik (to ten z prawej)
W Muzeum Powstania Warszawskiego dwie osoby musiały wyciągać mnie z tej przyczepki
Na Narodowym znowu ukradli trawnik
Naród pod Narodowym
Nauka fruwania na Krakowskim Przedmieściu
Tomek szuka drobnych

Dzień 3 - 01.09.2016

Lądujemy w Moskwie

Pobudka, prysznic, śniadanie i na samolot. W samolocie czerstwa bułka gratis od Aerofłotu, ale za to z dobrą kawą. Pod nami chmurki, obok Tomek a przede mną siostra zakonna. Stewardessy ubrane na czerwono, jakżeby inaczej. Kiepskie zdjęcie, bo robiłem komórką ukradkiem. Lot godzina czterdzieści. Trochę planów na Moskwę i zleciało znośnie. Ciągle jestem pod wrażeniem latania, chwilę temu byłem w Warszawie a już po chwili w Moskwie, świetny wynalazek.

Na lotnisku czeka gość, który ma nas podrzucić do hotelu. Na tablecie ma duży napis z moim nazwiskiem. Ciekawe uczucie zobaczyć w całkiem obcym miejscu wielkie "Krzysztof Wasilewski". Prowadzi nas w milczeniu do Skody z przednią szybą pękniętą przez całą szerokość. Nie sądzę by pękła przed chwilą, pewno jeździ tak od lat, aż sama wypadnie. Jedziemy w milczeniu, przejazd opłacony z góry, zastanawiam się czy dać mu dodatkowo 5 Euro, może by na szybę nazbierał. Eeeee nie będę szastał od pierwszego dnia. Po jakimś czasie gość przemówił. Jak zaczął gadać to już mu się gęba nie zamykała. Sama jazda bardzo ekstremalna, wszyscy się wszystkim wciskają na centymetry. Ścisk samochodów straszny. Na jednym ze skrzyżowań zepsute światła, znaków nie widać, samochodów zatrzęsienie. Kto ma pierwszeństwo?  Ano ten kto się wepcha przed innymi. W to wszystko wjeżdża tramwaj ale nie widzę, żeby ktoś się nim przejmował. Nasz kierowca ze znudzoną miną wciska się na żyletki między dwa inne auta, wymuszając pierwszeństwo i nie zwracając uwagi że wszyscy trąbią.

- Eto normalna - rzuca - najwyżej mordu obijut

Po godzinie jazdy gość jest tak zaprzyjaźniony, że proponuje, że sam nas zawiezie do Władywostoku samochodem i to taniej.

- Może następnym razem, za dwa lata. Teraz mamy już bilety i rezerwacje.

- Ok, ja tobie dam e-mail

Cóż poznany przed chwilą człowiek bardzo poważnie podchodzi do wiezienia nas do Władywostoku.

- A co z pracą? Urlop Pan weźmie?

- U nas nikto nie rabotajut, wsie tolka jeżdżą to tu to tam.

Po dwóch godzinach ekstremalnej jazdy jesteśmy pod hotelem. Gość daje nam swój e-mail po zastanowieniu daje nam jeszcze e-mail swojego brata. Dobrze, że na kartce nie było miejsca bo miałbym całą jego rodzinę. Co ciekawe, to co my w adresie e-mail nazywamy małpą, oni nazywają sabaka, czyli pies.

Hotel bardzo dobry, przeogromny, jak wszystko w Moskwie. Jest to kompleks  trzech wieżowców o nazwie "Izmailovo Hotel". Pokój trochę mały, ale my  mamy tu tylko spać. Szybko się urządzamy i wieczorem w Miasto. Środek transportu - metro. Wszędzie można nim dojechać, jeżdżą bardzo często i jest "proste w obsłudze". Mapki są tak przejrzyste, że nie można się zgubić. Wrażenie z nocnej Moskwy ogromne. Już same stacje metra to mini pałace z żyrandolami, rzeźbami i marmurami. W metrze 90% podróżujących pochylonych nad smartfonami ;) Tak się dziś podróżuje, bez słów, bez spojrzeń. Okolice Placu Czerwonego to w większości zamknięte deptaki. Monumentalne budynki tonące w świetle, szerokie aleje spacerowe, czyściutko i kulturalnie. Przeogromne powierzchniowo sklepy i wystawy wszystkich najdroższych marek. Niestety sam Plac Czerwony był zamknięty z powodu występów orkiestr wojskowych.  Wbijemy się tam jutro w dzień. Wieczorem wystarczyły nam klimatyczne  deptaki a gdy uliczny grajek zaczął śpiewać Wysockiego takim głosem jak oryginał to moje  wyobrażenie o Moskwie wypełniło się jeden do jednego.

Ciekawostką jest ilość wykrywaczy metalu. Są wszędzie , w hotelach, w sklepach w metrze a nawet zwyczajnie  na dworze między niektórymi ulicami. Wszędzie masę mundurowych którzy  bacznie obserwują co się dzieje. Na miejscu terrorysty miałbym w tym  kraju pełne gacie. Kręciliśmy się w niewielkim obszarze, żeby nam po  ciemku ktoś nie zniekształcił twarzy, jutro planujemy okolice Kremla i  Arbat. Wróciliśmy do hotelu późno i po kilku minutach spaliśmy, jak zabici.

W samolocie zawsze mam pełne gacie
Tomek udaje, że mamy jakiś przemyślany plan podróży
Stewardesy w kolorze oczywistym
Hotel ok, zwłaszcza, że są dwa łóżka
Mamy jeszcze wieczór na zwiedzanie. Więc do metra.
W metrze oczywiście wszyscy wpatrzeni w smartfony
Schody do metra wydają się nie mieć końca
Po wyjściu na powierzchnię jesteśmy pod wrażeniem oświetlonego miasta
W oddali majaczy pierwsza gwiazdka
Jest bardzo przyjemnie, nie sądziłem że Moskwa wywrze na mnie takie dobre wrażenie
Widzicie mnie? Boże, jaki fajny chłopak
Ciekawe, jakie tu maja rachunki za prąd

Dzień 4 - 02.09.2016

Szagajem po Maskwie

O 7.00 rano pobudka i w Moskwę. W dzień miasto jest równie piękne, jak nocą. Jest tu dużo kontrastów. Wieżowce przeplatane ze starymi cerkwiami. Nowoczesne neony i reklamy a nieopodal rabatki jak z czasów naszego PRL z tabliczkami "nie deptać zieleni" w rosyjskiej wersji. Wielkopowierzchniowe supersklepy z najsłynniejszymi markami a na deptaku obok całe tabuny starszych pań obwieszonych przeróżnymi strojami przeznaczonymi na handel, ogłaszającymi na cały głos co mają na sprzedaż, po ile i jaka to niezwykła okazja. Na ulicach pędzące co chwila z piskiem opon auta sportowe warte bajońskie sumy a na co drugim placu pomnik Lenina albo innego "bohatera" przeszłości. Czasami się wydaje, że Rosjanie jeszcze nie zakończyli drugiej wojny światowej, martyrologia widoczna jest za każdym rogiem. Pomniki partyzantów i bezimiennych gierojów wojennych są wszechobecne. Często wagony metra poobklejane są zdjęciami z rodzimych filmów wojennych. Nie da się w tym mieście zapomnieć o wojnie.

Dziś udało się wejść na Płac Czerwony. Niestety rozczarował nas wystrój tego miejsca. Z telewizji pamiętam wielką przestrzeń po której maszeruje wojsko. Rzeczywistość jest zgoła inna. Na środku placu trybuna, bo akurat odbywają się jakieś występy, dokoła cała masa straganów z wszystkim. Lody, kwas chlebowy, drewniane babki w babce, kudłate czapki z wielką gwiazdą, chustki kobiece w typowe rosyjskie wzorki, hot dogi i różne inne bardziej lub mniej potrzebne rzeczy. W to wszystko wtłoczone jest mrowie ludzi. Jeden wielki piknik. Ni jak to nie pasuje do mojej wizji Placu Czerwonego. Zrobienie zdjęcia jakiegoś budynku graniczy z cudem, wszystko pozasłaniane wielkimi balonami reklamowymi i przeczącymi prawom fizyki kratownicami nieznanego przeznaczenia. Dzieje tu się wiele rzeczy. Przez jakąś dziurę w tymczasowym ogrodzeniu dojrzałem mauzoleum Lenina. Pewnie się chłop w grobie przewraca, jak widzi ten odpust pod Kremlem.

Idziemy tak z Tomkiem z rozdziawionymi gębami a tu nagle, jak z podziemi wyrósł rubaszny, grubawy facet w mundurze z czasów Stalinowskich. Gość niewielkiego wzrostu, posiadacz niezwykle sumiastego wąsa i nienaturalnie serdecznego uśmiechu (Dopiero po powrocie do hotelu dotarło do mnie, że ten wąs miał sugerować jakieś podobieństwo do Stalina. Owszem wąs był podobny, cała reszta nie). Szczerzy zęby i wyciąga do mnie rękę na przywitanie. Odruchowo podałem mu swoją, ten złapał i nie puszcza, ściska żebym nie wyrwał i ciągle uśmiecha w teatralny sposób. W tej samej chwili nie wiadomo skąd pojawia się dama w sukni sprzed stu lat, obejmuje Tomka ramieniem i również dziwacznie uśmiecha. To jeszcze nie wszyscy. Podłącza się jakiś dryblas w stroju nie wiadomo jakim ale zapewne historycznym. Dryblas również się śmieje i dodatkowo wymachuje zamaszyście rękoma. Cała trójka tak nas obstąpiła, że nie ma, jak się ruszyć. Wszystko razem trwało chyba z dwie sekundy. My zupełnie zaskoczeni dopiero po chwili zauważyliśmy że jakiś gość robi nam zdjęcia. Coś mu nie pasowało bo odłożył swój aparat i właściwie wyrwał z rąk Tomka nasz i naszym własnym aparatem trzepał nam zdjęcie za zdjęciem wykonując przy tym zaskakujące figury. A to klęknie, a to się wychyli, odskoczy doskoczy, z przodu z boku trzaska nam fotki. Po dosłownie 10 sekundach całej akcji, gość z wąsem puszcza mi rękę i już bez żadnego uśmiechu rzuca:

- Piatsot rublej

No tak teraz skumaliśmy w co się daliśmy wkręcić. Wyciągam pięćset rubli z kieszeni na co wąsacz upomina:

- Piatsot dla mienia i drugoj piatsot dla nich

I tu wskazuje na - również już nie uśmiechającą się - parę przebierańców. Cóż było robić, płacimy. W sumie to należy im się za opracowanie tak doskonałej techniki zaskakiwania usługą. Daliśmy po 500 i chcemy zwrotu aparatu ale fotograf w zagadkowym języku (słyszeliście jak mówi Rosjanin po angielsku? Tego się nie da zrozumieć bez wielokrotnego odtwarzania) mamrocze coś pod nosem i wyjmuje kartę pamięci. Zanim zdążyłem zaprotestować drukuje już zdjęcia z naszej karty z naszego aparatu. Myślę sobie, nie jest tak źle z ceną skoro wliczony jest też wydruk zdjęć.

- dwa zdjęcia wystarczą ? (To moje tłumaczenie bo nie jestem w stanie zapisać fonetycznie tego co bełkotał)

- tak starczą, ważne że mam na karcie pamięci

- to po tysiacz za każde

- jeszcze tysiąc???

- dwa tysiacza, adin za każde zdjęcie.

Powoli zaskoczenie mija i odzyskuję umiejętność logicznego myślenia. Z rozpędu grzebię w banknotach ale już dłużej niż poprzednio.

- Dwa tysiacza rublej, ale dołary mogut być jewro toże możiet być, wsio rawno.

Facet wyraźnie idzie nam na rękę nie doliczając za przewalutowanie. I tu się wkurzyliśmy z Tomkiem i wiecie co? Ano daliśmy kolejne dwa tysiące bo jeszcze mordu obijut. W dalszym zwiedzaniu mijaliśmy jeszcze sporo przebierańców w tym Putina (chyba, że to prawdziwy dorabia), ale nasza czujność znacznie wzrosła. Przepraszam moich znajomych jeśli po powrocie nie podam im ręki bez zastanowienia.

Odwiedziliśmy  Arbat, deptak artystów. Cóż artystów nie znaleźliśmy, było tam pełno malarzy malujących malunki pod turystów, ale prawdziwej sztuki tam nie było. Poszli na ilość bo obrazów można tam oglądnąć setki, tylko po co? Za to jest sporo knajpek w których można coś zjeść. Na pewno jest to miejsce do spacerów i miłego spędzenia czasu. Na artystów polecam się udać do wielu moskiewskich muzeów. Tu ich nie ma.

Moskwa sprawiła na nas takie wrażenie, że o zjedzeniu jakiegoś obiadu przypomnieliśmy sobie, jak się ściemniło. Weszliśmy do jakiegoś baru kanapkowego.  Na ścianach duże zdjęcia kanapek z ceną. Sprzedawca wygląda na Wietnamczyka i chyba nim jest bo za cholerę nie rozumiem co mówi. Jak widać nie jest łatwo spotkać w Moskwie zwyczajnego Rosjanina mówiącego zwyczajnie po rosyjsku. Niby nic prostszego, jak zamówić kanapkę pokazując palcem na zdjęcie? O jakże się mylicie, zawsze są pytania dodatkowe. Znacie to? Znają to wszyscy, którzy jak ja nie są poliglotami. Zawsze są pytania dodatkowe. Pokazujesz na loda na zdjęciu i modlisz się - przynieś kobieto loda takiego jak na fotce i o nic nie pytaj. To się nigdy nie udaje zawsze jest pytanie typu:

- a z jaką polewą ?

Tak się domyślam treści bo w momencie pytania nie rozumiem nic a nic. Podobnie było z kanapkami, pokazuję na zdjęcie i na palcach, że jedna sztuka, na co Wietnamczyk:

- bllle bdbd bleee ?

Czy coś w tym stylu w każdym razie z jego wypowiedzi zrozumiałem tylko znak zapytania. Pokazuję jeszcze raz na zdjęcie i że jedna sztuka.

- bllllo blimp bbaaalll ?

I Patrzy na mnie, jak na debila. Zapewne jego pytanie jest oczywiste... ale dla niego. Napinam się i do gestów dołączam słowa;

- albo... nie! Wezmę... tą... drugą kanapkę!... Obok!

Mówię po polsku ale wyraźnie sylabizuję i staram się mówić z naciskiem i głośno. Tak robią wszyscy, którzy jak ja nie znają języków. Mówimy głośno i wyraziście po polsku i wydaje nam się, że wtedy każdy obcokrajowiec już bez trudu zrozumie. A jak już powtórzę dwa razy to jakbym mówił w Jego języku. Pokazuję na kanapkę obok modląc się żeby tym razem ją zwyczajnie dał bez głupich pytań.

- bbblll buulbuul beee?

Szlak by to trafił, głód już mi przeszedł ale ambicja została. Ryzykuję wypowiedzenie angielskiego słowa:

- yes

Do diabła chyba nie pyta mnie czy utrącić mi łeb tylko o jakiś dodatek do kanapki. Zadziałało. Dokłada mi pieczarki.

- bll, blllleeee bleee?

- yes!

Dokłada szynkę. Uśmiecham się nieskromnie do Tomka, kanapka posuwa się do przodu.

- beeee blliiii

- yes

Idą ogórki kiszone, nie lubię ale zjem.

- yes

Dorzuca rzodkiewkę, nie pasuje ale zjem.

- yes

Nie cierpię fasoli w kanapce ale raz się żyje. Wysiłek zwieńczony sukcesem. Dumny jak paw wychodzę z baru. Głowa uniesiona, jak po sukcesie a powinna być spuszczona to zauważyłbym próg.  Potykam się, kanapka wypada z ręki i ląduje na ulicy.

- właściwie to nie jestem aż tak głodny - Mówię do Tomka

Udajemy się do hotelu. Na szczęście mamy noclegi ze śniadaniami. Szwedzki stół, wspaniały wynalazek, nic nie trzeba mówić.

Święty Mikołaj chyba...
Czy woda w fontannie nadaje się do picia?
Kwas chlebowy, moje uzależnienie
Nasi cudowni płatni znajomi
Plac czerwony faktycznie tonie w czerwieni
Wielki sklep. Zbyt wielki na nasze niewielkie pieniądze.
Stary niedźwiedź mocno śpi..
Kolorowych jarmarków, blaszanych zegarków...
O ludzie! Co ludzi!
Znajoma z tv droga dla maszerujących żołnierzy
Cholera ładnie
Deptak Arbat pełen malarzy sprzedających swe dzieła i knajp. Ukwiecone wejście
Na Arbacie czujemy się jak w Europie
Po południu zdążyliśmy jeszcze zwiedzić muzeum wódki (bez konsumpcji)
Muzeum wódki to ciekawe miejsce z kolorową stylizowana na starą zabudową

Dzień 5 - 03.09.2016

Pożegnanie z Moskwą


Ostatni dzień w Moskwie. Do 12.00 musimy opuścić hotel a o 21.00 ktoś ma nas zawieźć na dworzec. O 23.05 odjazd pociągu. Nie śpieszymy się z wstawaniem. Jemy śniadanie powolutku napawając się ostatni raz rozmachem czterogwiazdkowego hotelu. Walizki zostawiamy w hotelowej przechowalni. Tomek od wczoraj przebąkuje, że te świstki otrzymane przy zameldowaniu nie wyglądają jak obowiązkowe zarejestrowanie. Istnieje w Rosji taki obowiązek rejestracji w ciągu siedmiu dni od wjazdu do kraju. Przy oddawaniu pokoju zagaja w recepcji o tej rejestracji w sobie tylko znanym języku. Okazuje się, że faktycznie nikt nas nie zarejestrował. Recepcjonistka zadzwoniła gdzie trzeba, poklikała, wydrukowała kolejny kwit, nastawiała pieczątek i podobno od tej chwili jesteśmy w Rosji bardziej legalnie. Po tych formalnościach i zostawieniu bagażu ruszyliśmy ostatni raz w Moskwę a dokładniej mówiąc nad Moskwę rzekę. W oczy rzuciły się nam pływające stateczki spacerowe. Oczywiście musimy popłynąć. Znajdujemy ciasną budkę metr na metr oblepioną stateczkami i reklamami rejsów. W okienku widzimy Rosjankę, która również ma metr na metr i praktycznie wypełnia całą budkę. Jak to się mówi przyjęła kształt naczynia. Nie wiem jak weszła do tego mini kiosku ani jak wyjdzie. A może tylko donoszą jej jedzenie. Kupujemy dwa biletu na co ona:

- toalet na korablie jest

Czyli, że na stateczku jest toaleta. Nie wiem dlaczego tą informację uznała za istotną. Wypisała bilety i znowu swoje

- na karablie jest kawa, czipsy i toaleta jest

Zaczęliśmy się sobie z Tomkiem przyglądać, czyżby było po nas widać, że strasznie nam pilno do toalety? Na koniec uśmiechnęła się szeroko

- wy z Polszy ?

- tak z Polski

- a skąd?

- Poznań

Odpowiedział szybko Tomek. Nie dziwię się, bo tłumacz tu człowieku gdzie jest Trzebiatów. Kobieta pomachała nam na pożegnanie.

- jest toalet, jest...

I tyleśmy ją widzieli, pewno siedzi w tej budce do dziś, jak ślimak w swojej skorupce, nierozerwalnie aż do emerytury. Informuje kolejnych turystów o toalecie na pokładzie, być może ta informacja podnosi standard stateczku? Nacisk z którym podkreślała istnienie toalet na zawsze pozostanie dla nad tajemnicą.

Na stateczku porozstawiane niezwykle wywrotne krzesełka. Zastanawiałem się, jakim trzeba być konstruktorem-geniuszem żeby wymyślić tak niestabilny stołek mimo czterech punktów podparcia. Ale to wszystko nic. Widok od strony wody na Kreml i nie tylko był powalający. Jak oszalały robiłem dziesiątki zdjęć tych samych miejsc, żeby przypadkiem nie straciły się bezpowrotnie. Wygląda to monumentalnie i pięknie. Co ciekawe na wszystkich budynkach będących w ruinie pozakładane są zasłony-atrapy z namalowanymi oknami i rzeźbami. Takie wielkie plandeki zakrywające całe budynki. W ten sposób wszystko wygląda z daleka jak świeżo po remoncie. Całkiem sporo jest takich wydmuszek, ale przymykam na to oko bo dzięki nim krajobraz faktycznie nie ma słabych punktów. Od strony Kremla to prawdziwa uczta dla oczu, tylko podziwiać. Nie wyobrażam sobie zwiedzania Moskwy bez rejsu po Moskwie.

Zostało nam jeszcze sporo czasu więc postanowiliśmy pokręcić się po stacjach metra, wychodząc na powierzchnię w przypadkowych miejscach. Na koniec mieliśmy zaplanowany Park Gorkiego. Stacje metra to małe arcydziełka architektoniczne z całymi tonami marmurów, wielkimi żyrandolami, rzeźbami. Moskwiczanie zdają się nie dostrzegać już ich piękna zwłaszcza, że na peronach i przejściach podziemnych częściej biegają niż chodzą. W godzinach szczytu pociągi jeżdżą chyba co minutę, mimo wszystko są przepełnione do granic możliwości. Chyba sam zrobiłem kilka wybrzuszeń w wagonie gdy mnie przycisnęli do ściany. Metro to tylko namiastka, rzeźb i pomników jest w całej Moskwie bardzo dużo i wszystkie mają tą samą cechę - Są wielkie. Przedstawiają zazwyczaj sceny z wojny, rosyjskie postaci historyczne albo zwyczajnie ...Lenina. Leninów jest całkiem sporo i trzymają się nieźle. Tomek stwierdził, że w Polsce dawno byłyby porozwalane. My nie lubimy własnych bohaterów. Uwielbiamy budować pomniki tylko po to żeby je zaraz rozwalić. A w Rosji Lenin, jak stał tak stoi.

Po zjeżdżeniu najciekawszych stacji metra udaliśmy się do Parku Gorkiego. Sielanka. Fontanny, ławeczki, stragany i uwaga - to chyba jedyne miejsce w Moskwie, gdzie nie natrafiliśmy na żaden pomnik, szok! Mało tego, zniknęły wszechobecne tabliczki z zakazem deptania trawy. Ludzie leżeli pokotem na trawnikach, jak to ma miejsce w parkach zachodniej Europy. Odebrałem Park Gorkiego, jako prawdziwie najnowocześniejsze miejsce w stolicy. Chodzi mi o nowoczesność mentalno- kulturową. Oczywiście nie wszyscy leżeli na trawie, ogromne tłumy spacerowały szerokim trotuarem nad brzegiem rzeki, wśród nich masa rowerzystów, rolkarzy, deskorolkarzy, ludzi na hulajnogach i przeróżnych akumulatorowych wynalazkach. Zaraz obok rząd boisk do siatkówki plażowej, wszystkie zajęte przez graczy. Nieopodal grają w bule, dalej skatepark. W środku parku większe bajoro a w nim dziesiątki rowerów wodnych. Wszędzie  tabuny Mieszkańców, widać, że lubią tu wypoczywać. Kwitnie też handel. I taki bardziej zorganizowany w kioskach i taki z ręki. Kobiety sprzedają jakieś fatałaszki i świecidełka. Nawet nie mają straganu, cały kram wisi na ich ramionach. Nieco dalej sektor spożywczy. Starsza pani z reklamówką i jedną kolbą kukurydzy w ręku. Kukurydza jeszcze paruje a na niej nalepka z koślawym napisem 60 (domyślam się, że  to cena a nie liczba ząbków). Pewno kobiecina mieszka niedaleko, nagotuje garnek kukurydzy w domu, wszystko w reklamówkę i do Gorkiego. I tak to wygląda. Najnowsze Porsche z wymalowaną od stóp do głów damulką, która mieszka w solarium a obok babcia usiłująca sprzedać kolbę kukurydzy. Osobiście  większy sentyment mam do tej babci, ale kukurydzy nie zaryzykuję zjeść.

Zastanawiam się, jaką pamiątkę kupić do domu. Typowym suwenirem z Rosji jest baba w babie - to moja nazwa, nie wiem jak to nazywają Rosjanie. Chodzi o kilka do kilkunastu drewnianych laleczek pustych w środku. Laleczki są coraz mniejsze i wkłada się je jedną w drugą od najmniejszej do największej. Zapewne znacie tą zabawkę. Tomek żartuje sobie co będzie gdy celnik znajdzie u nas taką babę w babie.

- co to jest ? Otwierać Policja!

Wracamy do hotelu po bagaże. Czekamy chwilkę i pojawia się kierowca. Zawozi nas na dworzec i zaczęło się. Oczywiście wykrywacze metalu. Torby na podnośnik i znudzona pracownica mundurowa patrzy na ekranie co jest w środku. Tomek zastanawia się po co te kontrole skoro wszystko jest robione na odczepnego. W jednych z toreb Tomka znajdują się wszystkie kable, zasilacze i ładowarki. Od laptopa, kamery, aparatu, telefonów. do tego solarny powerbank.

- powiedz Krzysiek, jak ta plątanina kabli i urządzeń wygląda po prześwietleniu torby? Jak niby wyglądać ma bomba ? Widzą takie coś i nawet nie każą otworzyć torby.

Ma Tomasz rację, niby kontrola się odbyła, ale w jej skuteczność szczerze wątpię. Kilka godzin wcześniej, przy wejściu na Płac Czerwony oprócz bramek, kazali mi otworzyć butelkę z napojem, następnie starsza zapachowa pociągnęła nosem.

- możet być

Zapewne to metoda na sprawdzanie zawartości alkoholu. A to się pani nawącha.

- co tam w pracy - spyta mąż

- a nic ciekawego, obwąchałam tysiąc napojów, moja praca sprawia mi dużą satysfakcję.

Schodzimy na dworzec, efektownie oświetlony kompleks budynków. Hala ogromna a krzesełek chyba ze 20, oczywiście wszystkie zajęte. Po co komu taka powierzchnia na której nie ma żywego ducha, wszyscy tłoczą się w kątku z krzesełkami. Postanowiliśmy przebijać się na perony. Wychodzimy z dworca, peronów kilkanaście (nie jest to główny dworzec Moskwy), ale jest pierwsza zagadka. Przed wejściami na perony bramki takie jak w metrach. Ludzie dotykają bilecik i wchodzą. U nas niet bilecika, zresztą nawet nie wiemy na który peron iść. Podchodzę z naszym elektronicznym biletem na A4 do pani w mundurze i dukam coś, że nie wiem gdzie z tym iść.

- pakaży

Pokazałem, wzięła bilet i zniknęła za budką. No tak, wcześniej nie wiedziałem gdzie iść a teraz jeszcze nie mam biletu. Na szczęście wróciła. Myślałem, że znam rosyjski bo jestem z pokolenia, gdy uczyliśmy się go w szkole. Jednak tu w Rosji albo nikt nie mówi po rosyjsku, albo moi nauczyciele mnie oszukiwali. Trochę jednak zrozumiałem.

- idź w prawo, daleko, daleko. Tam będzie wielka tablica. Na niej znajdź swój pociąg, obok będzie numer peronu. Te perony z prawej strony nie mają bramek wejdź na peron, potem do pociągu i tyle.

- spasiba  - podziękowałem

Podreptaliśmy z Tomkiem w prawo, daleko, daleko. Naszym oczom ukazały się perony bez bramek i wielka tablica informacyjna. Czyli jednak to wszystko jest proste! Na tablicy jest nasz pociąg, 23.15 Hmm mały problem nie ma numeru peronu. Drogą dedukcji doszliśmy do wniosku, że numery peronów podawane są dopiero jakiś czas przed odjazdem. Trzeba czekać pod tablicą. Rozglądam się, oczywiście nie ma gdzie usiąść. Pod tablicą spore zgromadzenie podróżnych z walizami. Wszyscy z zadartymi głowami wpatrują się z nadzieją w tablicę. Zauważam, że niektóre diody na tablicy są przepalone i do przeczytania części liter potrzebna jest wyobraźnia. Mam nadzieję, że starczy mi wyobraźni na odczytanie numeru peronu. Tomek szarpie mnie za rękaw.

- tu jest jakiś bar z miejscami siedzącymi i przez okno widać tablicę.

- ekstra, chodźmy

Bar dziwaczny, surrealistyczny. Z przodu lada chłodnicza, obok mikrofalówka. Trzeba coś kupić bo nie pozwolą siedzieć. Widzę jakieś skrzydełka pieczone, ale wyglądają jakby leżały to od otwarcia baru wiele lat temu. Są jakieś kulki chyba z mięsa, niedobrze mi się robi na samo patrzenie, są też parówki. Chyba parówki są najbezpieczniejsze, przynajmniej wyglądają na powojenne. Zamawiam po jednej małej paróweczce z ketchupem, pieczywa brak, są tylko słodkie bułki. Czy słodka bułka pasuje do parówki z ketchupem? Wątpię, ale kogo to obchodzi, biorę też dwie bułki i dwie kawy. Teraz siedzimy w barze legalnie. Zerkamy na tłoczących się na dworze pod tablicą z wyższością

- myśleć trzeba, myśleć.

Siedzimy wygodnie i żujemy bułkę. Tomek kupił jeszcze po kwasie chlebowym z nalewaka. Czujemy, że zyskaliśmy grunt pod nogami. Po chwili na tablicy pokazuje się informacja: peron 5. Na spokojnie zachodzimy jeszcze do sklepu obok gdzie dostaję opiernicz, że kupiłem dwie butelki napoju zamiast czterech. Udaję, że nie rozumiem, choć tym razem wyjątkowo zrozumiałem doskonale. Udaje mi się wyjść tylko z dwoma butelkami. Na dworze proszę ludzi o rozstąpienie i na środku asfaltu otwieram walizę, żeby wcisnąć butelki. Sytuacja dziwaczna ale nikt nie zwraca uwagi, przechodzą nad walizką okrakiem. Nawet to że z reklamówki wypadły mi gacie nie przyciągnęło niczyjego spojrzenia. Ja spocony z napięcia dociskam kolanem walizę. W końcu docieramy na peron piąty, stoi pociąg, znowu grunt pod nogami. Tomek daje mi bilet, wagon numer 13. Ok nic prostszego, na wagonach są tabliczki. Idziemy wzdłuż pociągu. Wagon 8, 9 potem restauracyjny, następnie 10, 11, 12 i... koniec. Nie, to nie może być prawda, czy ktoś na górze specjalnie nam wymyśla taki skomplikowany scenariusz wycieczki? Jestem już mokry z emocji od stóp do głów z Tomka też kapie a jest podobno chłodny wieczór. Idę z biletem do konduktorki stojącej przy wagonie.

- eto nie wasz pojezd

No to nieźle się zapowiada. Peron nasz ale pociąg nie nasz. Do wyjazdu pół godziny. Może ten odjedzie a przyjedzie drugi. Chyba poczekamy. Czas ucieka, pociąg stoi, pot płynie. Nagle wrzask Tomka

- to nie ten bilet!

Szybko przebiera w papierach, wyjmuje właściwy bilet. Wagon nr 8 i numer pociągu tym razem też się zgadza. Mało brakowało a pomachalibyśmy naszemu pociągowi na pożegnanie zostając na peronie. Pod naszym wagonem konduktorka potakuje głową, sprawdza paszporty i zaprasza do środka. Uff znowu pojawia się grunt pod nogami ale nie przyzwyczajam się.

Po wejściu do wagonu w siną dał oddala się hotel z czterema gwiazdkami. To co widzę jest potężnym szokiem. Stoję mokry jak szczur z za ciężkimi tobołami i śmieję nie wiem z czego. Zaraz za drzwiami stosy kołder, i prycze w takiej odległości od siebie, że nie da się przejść nie potrącając przeróżnych nóg. Czy naprawdę o ten rodzaj przygody nam chodziło? Nie poddajemy się, przeciskamy do naszych miejsc. Naprzeciwko w odległości 50 centymetrów siedzi para młodych ludzi, 100 centymetrów z boku dwie kobiety w średnim wieku. Otwieram dolny leżak bo naczytałem się, że można tam trzymać walizkę. Walizka się nie mieści. Trzeba ją wtaszczyć na górną półkę. Pomagają mi nawet kobiety siedzące obok. Bardzo rubaszne panie mające niezły ubaw z moją walizką. Udało się, siadam w końcu styrany na swoim kawalątku siedzenia i od razu facet który sprawdzał bilety rzuca mi na ręce dwa zawiniątka, Okazało się, że to pościel. Ludzie ochoczo zaczęli nawlekać więc my z Tomkiem też. Tomek urządzał się na dolnym pięterku. Ja na górze. Po nawleczeniu pościeli wszyscy, jak na jakiś sygnał poszli do łóżek. Więc i ja wdrapałem się na piętro. Wymaga  to niezłej sprawności, bardzo jestem ciekawy jak tu włażą starsze panie i kto je potem ściąga. Przykryłem się prześcieradłem i  leżę w ciuchach mokrych od potu. Nagle klak, zgasły światła. Zaczęła się szamotanina pod prześcieradłami, ludzie chyba się rozbierali. Zauważyłem z uznaniem,  że wiele osób było przygotowanych na ciemności i wspomagali się przy pomocy latarek czołowych. Widząc, co się dzieje ja też zdjąłem spodnie waląc przy tym kilka razy łbem o sufit, który jest tuż nad łóżkiem. Po chwili leżałem w samych majtkach i liczyłem na to, że nie będę musiał iść do toalety. Piżama w walizce była nieosiągalna, szarpałem się trochę ale nie mogłem otworzyć walizki bez ściągnięcia jej na dół a to na pewno obudzi pół wagonu. Cóż, zacząłem pisać wspominki z podróży a rano się zobaczy. Około drugiej zasnąłem śmierdzący i zmęczony. Jutro spróbuję poprawić nieco swoją sytuację w podróży.

Jest sporo zabytków robiących spore wrażenie i sporo sporo zaułków z zeszłej epoki
Wilk morski pod rosyjską banderą
No to jest cudo
W oknie jakby Putin
Chyba najbardziej fotogeniczne miejsca są nad rzeka Moskwą
A co nie jest ładne, można zakryć szmatą z namalowanymi oknami
A tego kolesia można spotkać w wielu miejscach
Typowa pamiątka z Rosji, baba w babie
Park Gorkiego, miejsce narodowego wypoczynku
Dworzec. Koniec sielanki, zaczyna się prawdziwa podróż
Dworcowa knajpa z widokiem na rozkład jazdy
Kwas chlebowy z nalewaka
I co ja tu robię???
Cholera wszystko po rosyjsku
Mały szok po wejściu do wagonu
Trochę, jak w przepełnionym więzieniu
Jacyś ludzie leżą obok, swoiste przeżycie
Ale jakoś się zadamawiamy
Widać, że miejscowi są bardziej przygotowani do takich podróży

Dzień 6 - 04.09.2016

3-cia klasa kolei transsyberyjskiej

Rano obudziło mnie głośne ślorbanie z sąsiedniego łóżka. Młody chłopak a tak ślorbie głośno herbatę, jakby od głośności picia zależał jej smak. Najbliżsi sąsiedzi to para o dalekowschodnich rysach twarzy, jadą, jak się dowiedziałem do Perm, czyli wysiądą przed nami.  Większość pasażerów wsiadających z nami w Moskwie już wysiadło. Chłopak ślorbał dziś przez cały dzień z przerwami a to herbatkę a to zupkę. Dziwne, że dziewczyna nie ślorbie ale jemu uwagi nie zwraca. Może facet ze wschodu powinien porządnie ślorbnąć? Może ja jestem za mało męski?...

Kierownik wagonu czy jak mu tam, to osoba odpowiedzialna za wagon i pasażerów. Podobno jedzie z wagonem od początku do końca trasy. U nas to mężczyzna co podobno jest rzadkością, zresztą wygląda mi na nieco zniewieściałego. Na każdej stacji w odprasowanej koszuli wita nowych pasażerów, sprawdza bilety. Potem rozdaje pościel. Od czasu do czasu zakłada fartuch i mamrocząc coś pod nosem zmywa podłogę. Mamrotanie i wzdychanie jest u niego bardzo charakterystyczne. Tak, jakby miał bujne życie wewnętrzne, które strasznie chce znaleźć ujście w słowach. Ma też koszyk z różnymi produktami spożywczymi, które usiłuje co jakiś czas sprzedać. Jednak mamrotanie zamiast głośnej reklamy nie przysparza mu klientów. Chodzi z koszykiem co kilka godzin ale niewiele w nim ubywa. Nie jest jedynym handlarzem. Przez wagon co jakiś czas przewalają się różni sprzedawcy. Nie zawsze rozumiem co oferują, ale czasem uda mi się usłyszeć zrozumiały okrzyk w stylu.

- napitki, Chaładnyje!

Napitki to chyba nie jest jakaś część damskiego ubioru? Słyszałem to kilka razy ale sprzedawczyni tak szybko przechodzi przez wagon, że jeszcze nie udało mi się zobaczyć co właściwie sprzedaje. Mimo szybkiego zerwania się na jej okrzyk widzę zawsze tylko plecy w oddali. Nie poznałem jeszcze sposobu, jak można u niej coś kupić, Być może jest pracownicą wagonu restauracyjnego i do jej obowiązków należy chodzenie z towarem, sama sprzedaż nie ma żadnego wpływu na jej wypłatę. Są też inni.

- kwaśna kapusta!

Może okrzyk był trochę inny, ale na pewno chodziło o kiszoną kapustę. Litości, nawet spytałem Tomka, czy mi się aby nie śniło. Zadziwiające kto w pociągach sprzedaje kiszoną kapustę? Podróżni ją kupują? I co, jedzą zwyczajnie taką kapustę na swoich pryczach? Ale to jeszcze nic, jakiś gość sprzedawał łyżki drewniane i gliniane garnuszki. Wymyślił sobie, że właśnie w pociągach klienci nabierają szczególnej chęci na zakup chochli z drewna. A może te garnuszki i drewniane łychy są właśnie na tą kapustę?... O tym nie pomyślałem. Sprzedaż dziwacznych towarów na peronach i w pociągach budzi zdziwienie, ale usłyszałem logiczne wyjaśnienie. Nie sprawdzone ale wielce prawdopodobne. Proszę sobie wyobrazić, że po części są to towary, które produkują fabryki/firmy, w których ci ludzie lub ich rodziny pracują. Wielokrotnie dostają oni jako część wypłaty lub premię właśnie produkowane towary, które (aby mieć pieniądze) muszą sprzedać. A że we własnej miejscowości wszyscy mają tego towaru pod dostatkiem, muszą albo sprzedawać je na dworcu przejezdnym, albo wręcz pakować się z tym do pociągu i jechać w świat, aby się go pozbyć. Brzmi logicznie... chyba.

Oprócz tych dziwacznych towarów są też bardziej praktyczne, a to piwo, a to jakieś bułeczki. Niestety zanim ja zgramolę się z górnego piętra po sprzedawcach zostaje już tylko ślad na świeżo umytej podłodze. Zaraz przyjdzie kierownik wagonu z mopem i mamrocząc poprawi. Kierownik to jedyny sprzedawca u którego zdążyłbym coś kupić. Najwyraźniej jemu się nie śpieszy. Tyle, że nie ma w swym koszyku nic ciekawego. W korytarzu przy toalecie są jeszcze trzy pomieszczenia, takie większe szafy. To królestwo kierownika, włazi do którejś z tych szaf i tam spędza większość czasu. Nigdy nie wiadomo z której szafy wyskoczy. Obok jest składowisko materacy, nawalone jeden na drugim pod sufit. jest ich cała sterta, nie mieszczą się chyba w trzech tajemnych schowkach. To one przywitały mnie po pierwszym wejściu do wagonu. Sprawia to wrażenie bałaganu a z czasem okazuje się, że jest to wrażenie mylne. Kierownik bardzo dba o porządek w toaletach i w wagonie. Wynosi śmieci i zmywa podłogi kilka razy dziennie. Jeśli nie zwracać uwagi na materace i rozbebeszone na wszystkich pryczach pościele to jest tu całkiem schludnie.          

Między materacami a szafami mieszkalnymi kierownika stoi machina ratująca życie. Nie, nie jest to respirator, mówię o baniaku z wrzątkiem. Na ustrojstwie jest zegar, jakieś drzwiczki i rurki a co najważniejsze kranik. Każdy może podejść i zalać sobie kawę czy zupkę w proszku. Korzystamy z tego dobrodziejstwa z Tomkiem co jakiś czas, zresztą nie tylko my. Dzięki dostępnemu w każdej chwili wrzątkowi da się zjeść i wypić coś ciepłego a to już namiastka luksusu. Eeeehhh gdyby jeszcze był prysznic. Gdzieś czytałem, że są, ale zazwyczaj nieczynne. Nie będziemy go szukali po szafach kierownika.

Czy śmierdzi w wagonie?... śmierdzi, ale tylko do momentu przyzwyczajenia :) Nie jest to wada wykluczająca podróżowanie trzecią klasę, to mała uciążliwość, której po części ja też jestem twórcą. Po sporej części. Co do legendarnego picia w pociągu to też Gruuuuba przesada. To dopiero doba jazdy ale przez tą dobę widziałem tylko jedną panią z jednym piwem na cały wagon. Może czym dalej na wschód tym będzie więcej picia ale na razie nie ma go wcale a gość sprzedający piwo pójdzie z torbami. Cisza i spokój, ludzie po przygaszeniu świateł rozmawiają półszeptem, panuje tu całkiem znośny i kuriozalnie mimo ścisku, intymny klimat. Naprawdę da się jechać. Wystarczy tylko przetrzymać pierwsze wrażenie i nie zniechęcać się od razu. Nie wiem, jak to odbiera Tomek na dolnym łóżku bo jakoś nie za wiele rozmawiamy. To dobry czas i miejsce na różne przemyślenia. I temu też miała służyć nasza podróż. Powiem tak, mimo całej doby w pociągu, czas mi się nie dłuży, zobaczymy co będzie w następnych dniach.

Nie spałem już dłuższy czas obserwując życie pociągu, ale z łóżka leniwie zwlokłem się około południa nie wiem jakiego czasu. Postanowiłem pilne rzeczy przełożyć z walizki do torby podręcznej. Jako że ciągle o czymś zapominałem to ściągaliśmy z Tomkiem walizkę trzy razy, raz po raz. Jazdy mamy jeszcze cały dzień i pół nocy, więc od razu rano przebrałem się w piżamę. Może to dziwne, że przebieram się w piżamę po obudzeniu zamiast przed snem, ale lepiej późno niż wcale. Plusów jest coraz więcej, czuję się dużo swobodniej. Większość czasu podróży spędza się na łóżku. Poza tym przed wyjściem z pociągu będę mógł założyć w miarę świeże spodnie i koszulkę. Mamy przystanek w ponad milionowym Jekaterynburgu, nie chcę tam paradować w wygniecionymi ciuchach. Przebrałem się w piżamę w toalecie. Są dwie w wagonie, typowe blaszane kibelki i małe umywaleczki z dziwacznym kranem. O umyciu się w umywalce nie bardzo jest mowa. Żeby leciała woda trzeba jedną ręką cały czas naciskać na kran. Pozostaje druga wolna ręka, która już ledwo mieści się w umywalce. Trudno to opisać, uwierzcie mi na słowo, że musi wystarczyć obmycie ciała namoczoną szmatką. Zęby można myć korzystając z wody w butelce. Dobę czy nawet dwie da się tak wytrzymać ale już tydzień jazdy bez wysiadania trudno mi sobie wyobrazić. Za oknem totalne nic. Większość to lasy, właściwie sam las rzedniejący od czasu do czasu. W lesie same  brzozy. Ciężko znaleźć inne drzewa, brzozy zdecydowanie królują. Miasta są  rzadkie, zazwyczaj złożone z blokowisk i starych chat, w wioskach widać sporo  budynków drewnianych. Chyba bogatsi ludzie się tu nie osiedlają. Jekaterynburg  leży na Uralu, mam więc nadzieję jutro na bardziej zróżnicowane widoki za oknem.  Dziś po ciemku nic już nie zobaczę. Jedną z większych rozrywek jest robienie  sobie kawy a potem chodzenie na siku. Tylko to dopinguje mnie do  złażenia z górnej pryczy.

Jest już 20.00 czasu moskiewskiego, w Polsce 19.00 a w Jekaterynburgu, gdzie mamy pół-dniowy przystanek 22.00 Jeszcze osiem godzin jazdy. Zaraz nowoprzybyli zaczną akcję "ścielenie" a po całkowitym zgaszeniu światła zacznie się kombinowanie z rozbieraniem. Mówię już jak stary bywalec trzeciej klasy. Zaadoptowaliśmy się już do warunków, Tomek czyta a ja piszę. Doskonale sprawdza się powerbank bo gniazdka w wagonie nie działają. Trochę żal opuszczać to wymoszczone miejsce i potem wsiadać do innego pociągu ale na tym polega nasza wycieczka. Jestem tak wyspany i rozleniwiony, że nie wiem czy jeszcze zasnę do wysiadki. Tylko co będę robił przez osiem godzin zwłaszcza, że wszystko już napisałem i właśnie przygasili światło. Posłucham audiobooka, na tapecie "Niezwyciężony" Lema. Ech, żebyśmy tylko wysiedli na odpowiedniej stacji, na dworcach nie ma żadnych napisów z nazwami miasta. No i ciekawe czy w Jekaterynburgu jest tylko jeden dworzec. Warto wysiąść na właściwym, zaczniemy się tym martwić na godzinę przed wysiadką. Cała niedziela 4-go września przeleciała mi w łóżku, hmm… prawie jak w domu, tylko w łóżku obok zamiast żony jakiś Mongoł, który znowu coś ślorbie.

Coś zalane wrzątkiem
Drugie danie, zresztą takie jak pierwsze
Jedyna rozrywka, chodzenie po wrzątek
Chińska zupka w Ruskim pociągu pita przez Polaka
Tomek i jego sąsiad w swojej celi
Za oknem dzieje się..
W sumie ład i porządek
Maszyna ratująca życie

Dzień 7 - 05.09.2018

Jekaterynburg

cdn.

Z CYKLU PODRÓŻE - Kolej Transsyberyjka. Czyli do Władywostoku po mojemu
Udostępnij