Kariera pisarska

Siedzę sobie z żoną Anią na rybie. Chyba źle zacząłem, ktoś może zbyt dosłownie to siedzenie zrozumieć. Ledwo zacząłem i już źle. Siedzimy normalnie na krzesłach a rybę jemy. Niby filet. I tak między jedną ością a drugą rzucam skromnie:

- Podobno mam talent pisarski

- Podaj sól

- Ludzie tak mówią

- I serwetki

- Chyba książkę napiszę

- A przeczytałeś jakąś?

Poczułem, że żona Ania nie jest raczej psychofanką mojego pisania. No ale co się dziwić skoro jeszcze nic nie napisałem. Na pewno zmieni zdanie po pierwszym wydaniu… bo przecież wydadzą to co napiszę, nawet Kindze Rusin wydali.

- Tylko wiesz Aniu, za leniwy jestem na książkę. Trzeba pamiętać, który bohater ma wąsy, a który się jąka. Pogubię się po pierwszym rozdziale. Taką książkę to się dłużej pisze niż czyta. No i pomysłu na temat nie mam.

- To żaden argument, Kinga Rusin też nie miała a wydała.

- No ale o czym niby mam pisać? - męczę dalej - takie wymyślanie na siłę jest puste i bez sensu.

- To napisz coś z życia.

A jednak żona Ania też widzi mój wielki talent, bo pcha mnie delikatnie w stronę pisarstwa. Jednak docenia, jednak podziwia skrycie.

- Czyli też czujesz, że mam talent?

- Powiem wprost. Jak będziesz pisał, to nie będziesz grał na gitarze. Twój talent pisarski jest bezpieczniejszy dla otoczenia niż niedawno odkryty talent muzyczny.

Żona Ania nie zna się na muzyce. Za każdym razem gdy zagram jakąś wirtuozerską sekwencję krzyczy to samo:

- Zamknij drzwi!

Mimo dużego wysiłku intelektualnego, nie jestem w stanie zinterpretować tych słów jako aplauzu dla artysty. Odkąd do grania dołożyłem śpiew, napomyka o tym, że może jednak powinienem zacząć pisać. Żuję rybę i myślę że morszczuka nie łowi się w Bałtyku, ale na pytanie: Czy ryba świeża? Odpowiadają zawsze, że rano złowiona.

- Nie starczy mi wytrwałości na książkę.

- To pisz felietony.

Genialne. Prawie tak genialne, jakbym sam to wymyślił. Felieton. Krótki, zwarty i o czymś konkretnym. A potem wydaję zbiór takich felietonów i sukces, pieniądze, nagrody, panienki... a nie... panienki nie.

- Ale pamiętaj - ostrzegam żonę Anię - Na żadne ścianki, rauty, czy jak to się tam nazywa nie będę łaził.

- Co ty powiesz.

- Nie lubię tłumu, źle się czuję z telewizją na tych wszystkich czerwonych dywanach, wręczaniach nagród. Wiem, że Ty byś się chciała wystroić i pokazać to tu to tam. Sory ale to nie dla mnie.

- Już Cię ktoś zaprosił?

- No jeszcze nie, dopiero muszę napisać te felietony. Ale tak już ostrzegam... z przezorności.

- Coś już wspominałeś na ten temat, gdy rozpoczynałeś swoją "karierę muzyczną".

- -Gdybym wydał płytę, to na bank by się zaczęło, ale nie zdążyłem z płytą i teraz chyba to odłożę na rzecz pisarstwa.

Żona Ania pokiwała ze zrozumieniem głową. Odstawiła talerz z kawałkiem ryby i połową frytek. Kobiety mają coś takiego, że muszą w restauracji zostawić coś na talerzu. To jak tabliczka „ja to właściwie mało jem, więcej zostawiam niż zjadam”. Kobiety mają specyficzne podejście do jedzenia. „Jak zostawię pusty talerz to pomyślą, że codziennie się tak obżeram”. Tylko kto pomyśli? Po co ktoś miałby o tym myśleć i notować kto ile zostawia na talerzu? Podejście kobiet do jedzenia ma nierozerwalny związek z permanentnym odchudzaniem. To chyba jednak temat na całkiem osobny felieton.

- Zapłaciłeś?

- Tak, tak, możemy iść - podnoszę się ociężale z krzesła. Z wiekiem coraz trudniej mi walczyć z przyciąganiem ziemskim.

- Nie dawaj wszędzie tych napiwków. Wiesz, że te Twoje napiwki wynikają z kompleksów?

Mieliśmy iść na loda ale na szczęście kropi deszcz. Dlaczego na szczęście? Ano bo śpieszy mi się do domu, muszę pisać pierwszy felieton. Natychmiast. O czym? No o pisaniu felietonów, to chyba dobry początek. Eeehh, jak to już wydadzą… zaczną się te wszystkie wywiady… na które nie będę chodził. A jak nie będzie chętnych na zakup książki? To się jako dodatek do jakiejś gazety zrobi i rozejdą się, jak ciepłe bułeczki. To sprawdzona metoda… przez Kingę Rusin.

- Tylko pamiętaj - mówi żona Ania - że ja mam być postacią fikcyjną. Potem będą na mnie ludzie dziwnie patrzeć.

- Czyli co? Nie pisać o Tobie?

- Możesz pisać ale fikcyjnie. Chcę być fikcyjna.

Moja żona chce być fikcyjna i ja powinienem niby rozumieć co to znaczy.

- A... że to niby nie Ty. A ja mam być prawdziwy?

Machnęła ręką, jakby wyjaśnienie mi czegokolwiek graniczyło z cudem. To ciekawe, że czym dłużej trwa małżeństwo, tym za większych głupków mają się nawzajem małżonkowie. Oczywiście nie chodzi tu o nas, tylko o jakieś małżeństwo... fikcyjne. Napiszę dziś pierwszy felietonik i wstawię go na blog, muszę mieć jakiś bodziec do pisania. Jak mnie zjadą to wrócę do gitary, żona się ucieszy. Nie wiem jeszcze do czego mam talent, wiem tylko, że jest wielki. Po komentarzach zorientuję się czy jako pisarz będę miał branie. A może rzeźbiarstwo?…

Kariera pisarska
Udostępnij