Języki obce

Kto nie był za granicą. Wszyscy byli. Ale bycie za granicą bez znajomości języków, to prawdziwa przygoda. Jesteśmy we Włoszech, kolejka na prom do Wenecji. Stoję spocony i nie wiem czy z gorąca, czy ze strachu, że zaraz będę musiał zamówić bilet. Zadanie nie jest proste bo chcę bilet tam i z powrotem. Powiedz to człowieku po włosku. Jeszcze kilka osób przede mną, szybko to idzie, za szybko. Słyszę z przerażeniem, że wszyscy mówią po włosku. W sumie nie powinno mnie to dziwić... we Włoszech. Zaraz ja. Już za moment. Już. Rozdziawiam gębę i mamroczę pod nosem w międzynarodowym języku nieuków.

  • Bondziorno, my chcieć dwa - pokazuję na palcach znak zwycięstwa - dwa, two, bilet, tiket ale nou end jeszcze bo tam i z powrotem.

Facet w okienku też pokazuje mi znak zwycięstwa i wrzeszczy radośnie:

  • Lech Walesa!

  • Co Wałęsa? A nie, nie Wałęsa, to nie zwycięstwo tylko dwa. Rozumiesz anderstend? Dwa bilety.

Pokazuję teraz dwa, zadartymi kciukami na dwóch rękach, na co gość też pokazuje mi zadarty kciuk i wrzeszczy dalej.

  • Yes OK, wery OK. Lech Walesa OK.

  • Nie że Ok, że dwa a nie ok. Nie Walesa, nie OK tylko dwa bilet.

Weź tu człowieku teraz odkręć sytuację. Facet wydaje się coraz bardziej rozbawiony. Kiwnął nawet porozumiewawczo do gościa, który stoi za nami. Nawet coś tam zabulgotał po włosku do niego, ten z tylu odpowiedział i teraz obaj rżą. Na pewno ze mnie mają ubaw, albo z Wałęsy, pojęcia nie mam. Zaczynam jeszcze raz ale dokładam zamaszyste machanie rękoma.

  • Tiket tam płynąć - macham rękoma jakbym płynął kraulem - i z powrotem, curik

Syn stoi obok i też się śmieje razem z gościem w okienku i tym za mną,. Kto by pomyślał, że zamawianie biletu jest takie zabawne.

  • Tata a co to znaczy curik ?

  • No z powrotem... po niemiecku

  • Ale, jak mówisz do Włocha po niemiecku to nie wiele lepiej, niż po polsku byś mówił.

Wszyscy tacy mądrzy, ale to ja zamawiam ten cholerny bilet. Że też ci Włosi języków nie znają, było się uczyć.

  • Bilet korweta wasser na Wenecja, Wenezia

Nie wiem dlaczego ale ubzdurałam sobie, że Wenezia przez "z" będzie bardziej zrozumiała. Chyba coś skumał bo nie przestając się śmiać i gadać z gościem za mną zaczął grzebać w papierach. Urwał dwa świstki coś tam nabazgrał i daje mi.

  • Ale są curik?

  • Si, si

Sisi? Gość chce wyjść do toalety czy co. Nie jestem pewien czy mnie rozumie więc znowu macham łapami, że prawie synowi oka nie wybiłem.

  • Ale do Wenezia i curik?

  • Si, si, do Wenecji i z powrotem

Powiedział po polsku, skasował odliczone pieniądze i już zajął następnym w kolejce. Rozumiał skurczybyk od początku co mówię a mi ręce zdrętwiały od tłumaczenia. Wsiadamy na prom, bilety w kieszeni. Zwiedzamy Wenecję i wracamy promem. Na drugi dzień sytuacja się powtarza, idziemy po bilety ale syn mnie szturcha jeszcze przed kasą.

  • Ojciec zobacz, przy wejściu na prom są jakieś kasowniki. Wszyscy te kupione bilety tam wkładają, kasują i dopiero wchodzą na prom.

  • Czyli co?

  • Czyli my wczoraj tam i curik pływaliśmy na gapę z nieskasowanymi biletami. Jakby nas złapali to co by było?...

  • Zapamiętaj ojcowską radę, w sytuacjach krytycznych zawsze można udać durnia. Stosuj to a przeżyjesz życie bez problemów. Ważne, że dziś nie musimy kupować biletów, dobrze, że nie wyrzuciliśmy wczorajszych.

Skasowaliśmy stare bilety i tak oto nieznajomość języków zaowocowała konkretnymi oszczędnościami finansowymi. Moskwa. Jadąc do Rosji wydawało mi się, że wystarczy do polskich słów dodawać na końcu "sia".

  • Witamsia, ja tu miał rezerwatsia.

  • Eee??…

  • Ja prijechałsia tu spaćsia ty nie rozumiatsia co ja mówiatsia?

Najtrudniej jest z jedzeniem. W turystycznych krajach, jak na przykład Grecja są zazwyczaj zdjęcia dań i często karty w wielu językach ale taka Francja? Tu nawet po angielsku nic nie ma w karcie. Siadamy z żoną Anią przy stoliku głodni strasznie. Kelnerka przynosi kartę i oczywiście mamrocze coś po francusku. Od razu orientuje się, że niepotrzebnie się produkuje bo patrzymy na nią z durnymi uśmiechami. Boże, jak my musimy idiotycznie wyglądać w takich momentach. Patrzymy na kartę bezrozumnie a w brzuchu burczy chyba na cały lokal. Metoda chybił-trafił. Pokazujemy palcem coś co po cenie wygląda na obiad. Kelnerka przyjmuje zamówienie bez zdziwienia, to dobry znak. Po czym przynosi mi talerz z kawałkiem melona i jakimś szczawiem. Po pierwszym kęsie stwierdziłem, że to nie był szczaw, raczej jakieś nieznane mi liście o smaku żywopłotu. Kiwam z aprobatą głową, że niby to właśnie zamawiałem. Kelnerka coś jeszcze marudzi, może "smacznego" a może "te liście to tylko dekoracja" i oddała się. A ja? Cóż wpieprzam żywopłot zagryzając melonem. I tak się cieszę, że nie zamówiłem samej soli.

  • I co Krzysztof? Najadłeś się? - Podśmiechuje się żona Ania.

  • Chlebem dopcham.

Zna ktoś język holenderski? Oni mówią, jakby się czymś krztusili. Weszliśmy z synem do jakiegoś baru kanapkowego. Na ścianach duże zdjęcia kanapek z ceną. Sprzedawca wygląda na Wietnamczyka i chyba nim jest bo za cholerę nie rozumiem co bełkocze. Wietnamczyk, mieszkający w Holandii mówiący coś do mnie po angielsku. Nie wiem czy ktokolwiek by coś zrozumiał. Niby nic prostszego, jak zamówić kanapkę pokazując palcem na zdjęcie? O jakże się mylicie, zawsze są pytania dodatkowe. Znacie to? Pokazujesz na loda na zdjęciu i modlisz się - przynieś kobieto loda takiego jak na fotce i o nic nie pytaj. To się nigdy nie udaje zawsze jest pytanie typu:

  • A z jaką polewą ?

Tak się domyślam treści bo w momencie pytania nie rozumiem nic a nic. Podobnie było z kanapkami, pokazuję na zdjęcie i na palcach, że jedna sztuka, na co Wietnamczyk:

  • Blle bdbd bleee ?

Czy coś w tym stylu w każdym razie z jego wypowiedzi zrozumiałem tylko znak zapytania. Pokazuję jeszcze raz na zdjęcie i że jedna sztuka.

  • Blllo blimp bbaaalll ?

I Patrzy na mnie, jak na debila. Zapewne jego pytanie jest oczywiste... ale dla niego. Napinam się i do gestów dołączam słowa;

  • Albo nie! Wezmę tą. drugą kanapkę! Obok!

Mówię po polsku w wersji zagranicznej, czyli wyraźnie sylabizuję , staram się mówić z naciskiem i głośno. Jak się mówi po polsku dwa razy głośniej i dwa razy wolniej to Holenderski Wietnamczyk powinien chyba coś zrozumieć. A jak już powtórzę dwa razy to jakbym mówił w Jego języku. Pokazuję na kanapkę obok modląc się, żeby tym razem ją zwyczajnie dał bez głupich pytań.

  • Bbblll buulbuul beee?

Szlak by to trafił, głód już mi przeszedł ale ambicja została. Ryzykuję wypowiedzenie angielskiego słowa:

  • Yes

Do diabła chyba nie pyta mnie czy utrącić mi łeb tylko o jakiś dodatek do kanapki. Zadziałało. Dokłada mi pieczarki.

  • Bll, blllleeee bleee?

  • Yes!

Dokłada szynkę. Uśmiecham się nieskromnie do syna, kanapka posuwa się do przodu.

  • Beeee blliiii?

  • Yes

Idą ogórki kiszone, nie lubię ale zjem.

  • Yes

Dorzuca rzodkiewkę, nie pasuje ale co tam.

  • Yes

Nie cierpię fasoli w kanapce ale raz się żyje. Wysiłek zwieńczony sukcesem. Dumny jak paw wychodzę z baru. Głowa uniesiona, jak po sukcesie a powinna być spuszczona to zauważyłbym próg. Potykam się, kanapka wypada z ręki i ląduje na ulicy.

  • Właściwie to nie jestem aż tak głodny - Mówię do syna

Chciałem pójść na jakiś kurs językowy, ale po głębszym zastanowieniu zrezygnowałem. Stwierdziłem, że ze znajomością języka wycieczki nie będą już takie same.

Języki obce
Udostępnij